Wino na obiad, wino-obiad ~ Domaine Lattard Roussanne 2016 z La Cave de Philippe de Givenchy

Nie mogę przestać myśleć o jedzeniu. Być może dlatego, że w myśl zasady: „Nowy Rok – nowa ja”, narzuciłam sobie pewne kulinarne ograniczenia, których może będę się  trzymać przez jakiś czas. Jednak co do jednej rzeczy jestem w pełni przekonana – nie warto, a nawet nie można całkowicie rezygnować ze smakowitości, które przynoszą nam czystą radość.

W poprzednim odcinku pisałam o przepysznym szampanie. Raczej nie powinien być on substytutem pełnowartościowego śniadania, ale jego złożone aromaty i bogaty smak niejednemu może kojarzyć się z tym posiłkiem. Ale ani się obejrzeliśmy, a już obiad – podano do stołu!

A podano Roussanne z roku 2016 od Domaine Lattard – małej winniarni znajdującej się w niewielkiej miejscowości Autichamp około 80 kilometrów na południe od Lyonu. Jesteśmy więc na lewym brzegu północnej części Doliny Rodanu. Jak wiele win dostępnych w La Cave de Philippe de Givenchy, to wino nie figuruje jednak pod żadną apelacją, bo ani nie musi, ani nie chce. Jest to po prostu vin de France. I, jak wiele win z jaskini Philippe’a, również i to nie ma dodanych siarczynów… bo zdecydowanie nie chce i nie musi. Uprawy i winifikacja w Domaine Lattard są maksymalnie naturalne, co pozwoliło owocom roussanne w pełni dojść do głosu.

Szczep roussanne zwykle daje wina krągłe i jedwabiste o raczej niskiej kwasowości, co w wielu przypadkach skutkuje doznaniami jednowymiarowymi niczym poglądy Towarzystwa Płaskiej Ziemi. Jednak roussanne dobrze potraktowane przez winiarza jest naprawdę bogate i doskonale zrównoważone, czego przykładem jako żywo jest to wino. Nie było niefiltrowane, pozostało więc nieco mętne i ma piękny, niemal pomarańczowy kolor. Kiedy je spróbowałam, przypomniały mi się leniwe letnie popołudnia na wsi, kiedy upał zaczyna powoli stygnąć i dopiero wtedy zaczyna się odczuwać głód. Wtedy obiad pojawia się w samą porę. Na początku wyczułam wyraźny aromat bardzo porządnego rosołu z kury gotowanego z liściem laurowym i ziołami prowansalskimi. Po zupce następuje lekki deserek w postaci nieco przejrzałych pigw i jabłek pałaszowanych przed domem, wśród oszałamiających aromatów polnych kwiatów.

Byle do lata!

Od tego samego producenta Phillippe ma też wyśmienitego, bogatego  viogniera, który oprócz soczystości i naturalistycznej zadziory ma w sobie naprawdę dużo polotu, sporo charakterystycznych zielonych nut i mnóstwo owocu. Bon appétit!

Reklamy

Wina na Święta i po Świętach ~ Przegląd win Michele Biancardi

Jest duża szansa, że niektóre z win Michele Biancardi być może akurat podeszłyby pod śledzika, karpika, pierożki czy bożonarodzeniową pieczeń. Sprawdźcie, jeżeli zostało jeszcze Wam coś ze świątecznego stołu. Ale puśćcie sobie do któregoś z tych win chorały gregoriańskie – być może dopiero wtedy stanie się cud.

Skąd pomysł na chorały gregoriańskie? Zupełnie nie chodzi mi o to, że struktura i finezja win Biancardi przypominają tkane subtelną nicią średniowieczne śpiewy, choć może to jest dobry trop. Nawet pomysł z wpleceniem chorałów do tej notki nie wyszedł z mojej głowy. To twórca tych apulijskich win pomyślał, że połączy jedno z drugim na etapie ich dojrzewania. W myśl teorii, że różne gatunki muzyki wpływają w określony sposób na strukturę, a więc i jakość wody, Michele postanowił puszczać swoim zamkniętym w beczkach i amforach winom w piwnicy właśnie chorały gregoriańskie. Nie upieram się w kwestii prawdziwości tej hydrozofii, nie to jest tu najważniejsze. Natomiast faktem jest, że warto pochylić się nad wszystkimi dostępnymi w Polsce winami Biancardi, z których jak dotąd poznałam pyszne Insolito z bardzo ciekawego lokalnego szczepu minutolo oraz kupaż primitivo i nero di Troia, Uno Più Uno.

 

 

 

Oprócz bieżących roczników wspomnianych dwóch, zdecydowanie warte uwagi są mineralne i cieliste Solo Fiano, złożone i pełne polotu Anima di Nero 2014 i Ponte Viro 2015, jedno z najlepiej zrobionych primitivo dostępnych w Polsce. Michele wraz z Piotrkiem Chełchowskim z Kropli Wina (importerem tych win), zaprezentował nam też zrobione z nero di Troia Milleceppi 2014 i to właśnie jemu chcę poświęcić więcej miejsca.

Przychodzi mi do głowy być może trochę karkołomna kombinacja metafor. To wino z jednej strony jest poukładane i harmonijne jak wspomniane chorały gregoriańskie, a z drugiej – do pewnego stopnia oddaje klimat chaotycznych i dzikich czasów, w których powstała ta pełna finezji i mistyki muzyka. Jakby odśpiewano Gargantuę i Pantagruela właśnie na modłę gregoriańską. Sacrum i profanum idą ręka w rękę i doskonale czują się we własnym towarzystwie. A więc forma jak najbardziej harmonijna – a treść?

Przypomina barda przechadzającego się ciasnymi uliczkami miasta i dzierżącego gliniany bukłak z resztkami nalewki czereśniowej, który jeszcze przed chwilą był w ramionach pachnącej kwiatami młodej dziewki. Przejęty głodem po intensywnej nocy wstępuje do pełnego aromatów ziół wyszynku, aby nabrać sił przed kolejną przygodą. Kojarzycie może Jaskra?

Ale uwierzcie mi, w tym winie nie ma żadnych dysonansów. Powstało z owoców nero di Troia podsuszanych na krzewach przez 2-4 tygodnie, które następnie trafiły nie od razu do amfory, ale do stalowych kadzi, gdzie spontanicznie zafermentowały na dzikich drożdżach. Dopiero potem przyszedł czas na błogie 8 miesięcy dojrzewania w glinianych zbiornikach z chorałami gregoriańskimi w tle. Potem jeszcze 3 miesiące aklimatyzacji w butelce i wreszcie wino trafia do sprzedaży. Jak widać, na żadnym etapie produkcji Milleceppi (jak wszystkich win Michele) nie było przypadku, a efekt jest taki, że można z nim spędzić dłuższą chwilę, wczuwając się w jego opowieść i pogryzając świąteczne, poświąteczne i te zupełnie codzienne smakowitości.

Wina Michele Biancardi pochodzą z krzewów rosnących na wapiennych glebach, pełnych leżących tam od milionów lat skamieniałych muszli i wygładzonych przez pradawne wody otoczaków. Michele z jednego krzewu uzyskuje 1-2 butelki, a więc win nie powstaje zbyt wiele. Mamy szczęście, że przynajmniej część z nich trafiła do Polski.

Saudade odłożona na potem ~ Kilka win z Wines of Portugal

Saudade – smutek, melancholia, tęsknota.

Tak z grubsza można przetłumaczyć to portugalskie słowo oznaczające głęboką, nieprzemijającą nostalgię. Z grubsza, bo Portugalczycy utrzymują, że saudade nie da się jeden do jednego przełożyć na inne języki. Co ciekawe, wpływ ich narodowego stanu ducha nie ogranicza się tylko do spraw miłosnych i egzystencjalnych, ale swoim zasięgiem ten termin obejmuje też historię narodu. To zadziwiające, że mieszkańcy tak słonecznego kraju podzielają tę specyficzną nostalgię z gromadą ludzi rzuconą na nasz nadwiślański padół łez i frustracji, obecnie wyjątkowo ponury. Istnieje jednak różnica między portugalskim homo trisits i Polakiem, a jest nią podejście do tej nostalgii. Portugalczycy bowiem nie tylko lubią swoją saudade – wynieśli ją na piedestał jako narodową cnotę i z lubością kontemplują je, kiedy tylko nadarza się ku temu dobra okazja. A Portugalczycy już umieją zadbać, aby takich chwil w ich życiu nigdy nie brakowało. Delektują się więc saudade jak kieliszkiem dobrego wina czy dźwiękami rzewnego fado, przy kieliszku dobrego wina i dźwiękach rzewnego fado, wczoraj tak jak dziś, i jutro pewnie znów. I rozmyślają o wszystkich dobrych rzeczach, których już nie ma, i o tych, które jeszcze nie nadeszły.

No to ja właśnie o przeszłości. W pewien całkiem jeszcze pogodny październikowy dzień organizacja Wines of Portugal utuliła mnie w tęsknocie za ciekawymi ludźmi i winami, które wniosą trochę słońca w coraz bardziej ponurą jesienną aurę. Rzadko spotykam portugalskie wina, które reprezentują coś więcej niż doskonale gastronomiczny charakter. Oczywiście chwała im, że świetnie sprawdzają się w restauracjach i w naszych kuchniach, ale ja tamtego dnia miałam nadzieję na jakieś odświeżające doświadczenie. No i proszę – udało się!

Trzy wina białe, dwa czerwone, jedno musujące. Oto biel numer jeden z winnicy Quinta do Pessegueiro działającej na północnym wschodzie Portugalii, w Górnym (Alto) Douro. Pessegueiro Aluzé White Douro DOP 2016 to kupaż lokalnych odmian rabigato, cercial i gouveio, rosnących na moich ulubionych łupkach i uprawianych w sposób organiczny. Opiekę nad procesem winifikacji sprawuje tu słynny João Nicolau de Almeida – bardzo zasłużony dla regionu enolog, w którego żyłach zamiast krwi już chyba od dawna musi płynąć mieszanka tutejszych win. A jaki jest ten blend? Świeżym aromatom owoców i kwiatów z południowoeuropejskich sadów towarzyszy intensywna mineralność i ledwie wspomnienie o dębinie (tylko 35% wina fermentowało w dużych dębowych beczkach, reszta trafiła do stalowych kadzi). Wino prosi się o owoce morza we wszelkiej postaci i nie jest dostępne w Polsce – mam nadzieję, że ta niezręczna sytuacja szybko się zmieni.

Z tego samego regionu przyjechało do nas wino ze stosunkowo młodej, organicznej winiarni Quinta das Marvalhas, należącej do rodzinnej winiarskiej kooperatywy Casa Agrícola Reboredo Madeira, działającej od połowy XVIII wieku. Vinha da Urze Reserva White 2015 to również kupaż lokalnych szczepów, tym razem są to: códega de Larinho, znów rabigato oraz viosinho. Połowa wina dojrzewała w stali, druga połowa – we francuskim dębie. W tamtejszym suchym klimacie, na ubogich (też łupkowych!) zboczach smaganych wiatrem oprócz winorośli da się wyhodować jedynie oliwki i migdały. Orzeźwiająca kwasowośc i wyraźny niuans morskiej bryzy budzą wspomnienia o skalistych wybrzeżach obmywanych nieokiełznanymi falami. Aromaty owoców spod znaku jabłek i moreli elegancko komponują z zupełnie nienachalnym, szlachetnym beczkowym podbiciem. Do tego wina warto zaserwować oprócz owoców morza również morską rybę. Producent szuka importera i oby rychło go znalazł!

z domieszką gliny, czyli na podłożu mającym potencjał dać strukturalne, pełne wina. To akurat powstało z pochodzącego z Francji, ale bardziej kojarzonego z Portugalią, szczepu alicante bouchet, i już pewnie dobrze znanego polskim winomanom. Ta potężna odmiana idealnie nadaje się do spędzenia jakiegoś czasu w dębie, zatem po fermentacji w stalowych kadziach wino trafiło na 9 miesięcy do amerykańskich i francuskich małych beczek. Efekt? Alkoholu jest tu sporo, bo aż 14,5%, ale jest on doskonale wtopiony i razem z taninami oraz gęstą,  nieco mroczną materią rozmaitych czarnych owoców mości się w ustach jak kot w  welurowym kocyku.  To wszystko zrównoważone doskonałą kwasowością. Ekstraktywne,ale bez przesady, taniczne, ale nie szorstkie. Wina od Casa Santos Lima są dostępne w 50 krajach na całym świecie. Polsko, nie bądź w tyle.

Druga czerwień, tym razem z rdzennie portugalskiej odmiany. O ile u poprzednika  na pierwszy plan wyrywał się mocny czarny owoc, to w Quinta da Gandara Reserva Touriga Nacional Dão DOC 2012 czereśniowo-jagodowa soczystość jest elegancko ujarzmiona przez przyjemne niuanse świeżo mielonej kawy i czekolady.  Wino także fermentowało w stali, a dojrzewało 10 miesięcy tylko we francuskich barriques. Czyli tyle, ile trzeba, aby dać wino o potężnych, ale już dojrzałych, wygładzonych taninach. Ten sam producent przywiózł też produkowane metodą szampańską musujące Caves da Montanha Baga Bairrada DO 2013, które urzekło mnie ciekawym owocem spod znaku niedojrzałych truskawek i białych malin z eleganckim mineralnym tłem. Polacy mogli spotkać się z prostszymi winami od Caves da Montanha chociażby w Biedronce, ale mam nadzieję, że dzięki któremuś z importerów będą mogli poznać poważniejsze wina z jego porfolio.

W poszukiwaniu win zrobionych z rzadkich, endemicznych odmian, trafiłam na unikat z apelacji położonej w regionie Lisboa. Szczęśliwie krzewów ramisco nie dotknęła plaga filoksery dzięki piaszczystym glebom, w których ta mszyca nie jest w stanie przetrwać. Arenae Ramisco Colares DOP 2008 to pełnokrwisty mocarz, w którym ziarniste taniny wiążą się w mocnym uścisku z nutami śródziemnomorskich ziół, żywicy oraz soku z wiśni i czereśni. Nie jest to © Wikipediajednak przeładowany materią kulturysta – wręcz przeciwnie. Jak w rzeźbie Milona z Krotonu nic tu nie odstaje, niczego nie jest za dużo, a jednoześnie winu nie brakuje autentyczności, dynamizmu  i indywidualnego charakteru. Pomimo dojrzewania w beczkach różnej proweniencji przez trzy lata, a potem jeszcze przez rok w barriques, wino nadal jest niesamowicie żwawe!

A na deser – wino amforowe z rodzaju pomarańczowych, oczywiście do szpiku kości wytrawne. Wiem, że amfory są już bardzo 2016 i teraz przez wszystkie przypadki odmieniane są pét-naty, ale pamiętajcie – nie ma świetlanej przyszłości, ani nawet teraźniejszość za bardzo nas nie interesuje. Najbardziej kręci nas nostalgiczne nurzanie się w przeszłości. No to proszę, oto Herdade do Rocim Amphora Branco Alentejo DOP 2015, kupaż jeszcze innych, ściśle lokalnych odmian: antão vaz, perrum, rabo de ovelha i manteúdo. Producent Fernando Pessoa z Herdade do Rocim czerpie z najlepszych tradycji tradycyjnego, ekologicznego winiarstwa. Kiedy moszcz trafi do glinianej amfory, po prostu zamyka ją, dając pole do popisu dzikim drożdżom. Po wygaśnięciu fermentacji trzyma wino na osadzie jeszcze przez 4-6 miesięcy, a potem dojrzewa je w butelce jeszcze przez kolejne dwa. Czujemy w tym winie wszystko, co lubimy w winach pomarańczowych: zadziorną grejpfrutową kwasowość,  przyprószone popiołem polne kwiaty, nuty dobrze przyprawionego wywaru warzywnego i apetyczne taniny. Niech ktoś je importuje!

Jakkolwiek saudade to odczucie nieusuwalne i kiedy raz cię dopadnie, zostaje już z tobą zawsze, tego dnia jednak udało się tę dojmującą melancholię nieco przesunąć na później. Ale cóz, degustacja minęła jak mgnienie oka, producenci i przedstawiciele winnic zwinęli swoje stoiska i wrócili nad Atlantyk. A ja znów zostałam sam na sam ze wspomnieniami i brunatnym listopadem…

Na różowo i z charakterem ~ Braun Sankt Laurent Rosé 2015 z 13 Win

Butelkę różowego Sankt Laurenta ze znajdującej się w niemieckim Palatynacie winiarni Braun ten czy ów dżentelmen z okazji Dnia Kobiet mógłby kupić damie, która zasługuje dziś na okazanie jej przyjaźni, szacunku, miłości, czy wszystkiego na raz (zresztą, która kobieta na to wszystko nie zasługuje!?). Jeżeli natomiast w otoczeniu damy brakuje takowego dżentelmena, sama ze spokojem może się zaopatrzyć w to rosé w warszawskim sklepie 13 Win za przyzwoite 37 zł. Bo ten róż zdecydowanie nie jest tanim, landrynkowym różem dla dziewczynek.

braun_rose

Wręcz przeciwnie. Możemy to stwierdzić już po intensywnym i głębokim kolorze, który być może bardziej jest zbliżony do czerwieni jasnej i soczystej, jak usta Marylin Monroe. W nozdrza udejrzają zmysłowe aromaty kwiatów, malinowego chruśniaka i innych owoców leśnych, jak jagody, czy poziomki. Głębi i charakteru bukietowi dodaje delikatny ziemisty niuans. To, co dzieje się w ustach jawi mi się jako kobieta kompletna. Z jednej strony mamy miękki, soczysty czerwony owoc i subtelnie krągłe ciało. Z drugiej – żywą kwasowość, zadziorną pikanterię i ciekawe, nieco ziarniste taniny. To wino jest jednocześnie pełne życia i elegancji, nie pozwala też długo o sobie zapomnieć. Zupełnie, jak silna, spełniona kobieta.

Oczy: ciemny róż

Nos: maliny, liście, jagody, poziomki, kwiaty, ziemia

Usta: malina, wiśnia, czereśnia, truskawka, kwasowość, ciało, długi finisz

Ogólna ocena: 6/7

Rustykalnie, na co dzień ~ Pot de Vin z La Vinotheque

Karnawał karnawałem, bąbelki bąbelkami, ale czasem jednak warto odpocząć do fiesty i zjeść prosty obiad, a do niego wychylić kieliszek równie prostego, choć niekoniecznie prostackiego wina. Na przykład Pot de Vin, merlota z prowadzonej od sześciu pokoleń ekologicznej winiarni Château Guilhem, położonej nieopadal Carcassone w Langwedocji. Tę butelkę, której „prowincjonalny” kształt i w sumie wybaczalny brak rocznika na etykiecie jasno komunikują nam, że mamy do czynienia z winem, do którego warto podejść w niezobowiązującyc sposób. Znajdziecie je w warszawskiej La Vinotheque.

pot_de_vin

Koniecznie pozwólcie temu winu odetchnąć w dekanterze albo choćby w kieliszku. Wiejskie nuty spod znaku spoconego konia i kompotu z wiśni i truskawek po niedługim czasie ustępują świeżym aromatom czerwonych owoców i nieco „obiadowym” niuansie czerwonej papryki, który ja osobiście bardzo lubię. W ustach wino jest smakowicie owocowe, soczyste i świeże dzięki bardzo dobrej kwasowości i przyjemnemu słonawemu finiszowi. Alkohol nie wyrywa się przed szereg, nie jest go zresztą tak dużo, bo akuratne 13%. Wszystkie te ceny rekompensują niezbyt dużą ilość tanin i ogólnie szczupłe ciało, ale po co komu potężne wino do nieskomplikowanych potraw? Jeżeli planujecie na obiad makaron, risotto, pizzę czy potrawę z drobiu – śmiało mogę Wam polecić tę butelkę.

W cenie 33 zł wino zasługuje na mocną czwórkę.

Oczy: rubinowe, przejrzyste

Nos: spocony koń, kompot wiśniowo-truskawkowy, wiśnie, truskawki, porzeczki, czerwona papryka

Usta: czerwona śliwka, dobra kwasowość, umiarkowane taniny, słonawe

Ogólna ocena: 4/7

Hiszpania na każdy dzień ~ Dzień 3: The Wine Love Gran Cerdo 2015

Pisałam wczoraj o winie od The Wine Love z regionu Rioja, która była pewnym manifestem miłosnym. Dziś wino-manifest o zgoła innym charakterze. Oto historia pewnego wkurzenia. Porządnego wkurzenia na wyrachowanych i pozbawionych wyobraźni bankierów. Oto Wielka Świnia.

gran_cerdo

Opowieść zaczyna się wtedy, kiedy winiarz Gonzalo Gonzalo ubiega się o kredyt na rozkręcenie swojej winiarni. Kolejne banki odmawiają mu jednak pożyczki tłumacząc swoją decyzje tym, że winnica nie jest warta podejmowania takiego ryzyka finansowego. W pewnej mierze możnaby się z nimi zgodzić, jednak nie zrażony tymi opiniami i porządnie wkurzony Gonzalo postanawia zadziałać na własną rękę. Z czasem udaje się mu wyprodukować kilka własnych etykiet, a tę konkretną dedykuje ludziom, którzy nie wierzyli w powodzenie jego projektu.

Gran Cerdo to stuprocentowe tempranillo, atakujace nas już od progu intensywnymi aromatami i smakami truskawek, malin i wiśni z delikatnym ziemistym niuansem. Nieco za ciepły rocznik 2015 nałożył na to wino pewien ciężar (żeby nie powiedzieć toporność), jednak dzięki dobrej kwasowości spokojnie możecie podać je do – nie inaczej – wieprzowiny, najlepiej duszonej.

Hiszpania na każdy dzień ~ Dzień 2: The Wine Love Devilish 2015

Dziś miała być Katalonia, ale dla odmiany zrobimy skok do dobrze znanego hiszpańskiego regionu Rioja, skąd pochodzi wino-manifest o jednej z najlepszych etykiet w historii, moim skromnym zdaniem oczywiście. Producent Gonzalo Gonzalo (to imię i nazwisko) specjalizuje się zresztą w winach-manifestach i tym razem jest to manifest miłosny, zainspirowany filmem Ed Wood Tima Burtona. Przejdźmy do opisu tego małego dzieła sztuki.

devilish

Krwistoczerwona garnacha niedługo po otwarciu pachnie soczystymi malinami, truskawkami, czerwonymi porzeczkami i trochę też smażonymi wiśniami. W tle szumią świeże liście laurowe i inne śródziemnomorskie zioła. Jak miłość, również i dobre wino potrzebuje nieco czasu, żeby pokazać to, co w nim najlepsze i Devilish jest przykładem takiego wina. Wymagałoby jednak od Was tylko dnia cierpliwości. Po tym czasie nabiera bardziej balsamicznych i pieczeniowych nut, owoc staje się czarniejszy. Wino ma mięsiste i ekstraktywne, ma przyjemne, choć wyraziste taniny, jest też świeże dzięki odpowiedniej dawce kwasowości. Sprawdźcie, być może jeszcze znajdziecie parę kosztujących około czterech dych butelek w warszawskim Wine Cornerze i innych przybytkach zaopatrywanych przez importera Vini e Affini. Może, bo, jak się dobrze orientuję, był w okolicach Halloween na to wino spory popyt.

Dla odmiany ~ Bri Rosat del Celler de l’Era DO Montsant 2014

A raczej dla dwóch odmian, bo to „różowe” wino jest zrobione w 70% z syrah, resztę stanowi grenache. „Różowe” w cudzysłowie, bo jego intensywny kolor wpłynął na decyzję producenta, że ostatni raz zostało nazwane rosat, czyli różowym właśnie. Na etkiecie następnego rocznika przeczytamy już claret i ta nazwa z pewnością będzie miała większy sens. Kolor tego katalońskiego kupażu bardziej skłania się ku apetycznej jak usta pin up girl czerwieni, niż różowi.

bri_rosat

Zanim jednak opowiem, jak wino zachowuje się – no właśnie – w ustach, parę słów o nosie. Producent wspomina o aromacie truskawek, jednak Bri w moim odczuciu jest bardziej zadziorne i pachnie raczej kwaśną wiśnią, jeżyną, sosem balsamicznym i czarnym pieprzem, wykryłam nawet niuans pieczonego mięsa. Natomiast usta są nieco bardziej krągłe i „kobiece” – więcej tu czereśni, niż wiśni, do tego dojrzałe maliny, a równoważy je żwawa kwasowość ze szczyptą pieprzu i soli.

Winnice Celler de l’Era leżą w katalońskiej apelacji Montsant, która okala słynny Priorat. O intensywności aromatów, sporym ciele, ale też swoistej elegancji tamtejszych win decydują czarne łupkowe gleby zwane licorella (w myśl chyba nieco na wyrost ukutego powiedzenia, że na łupkach każde wino na pewno świetnie się uda), ale też – co często ważniejsze – winifikacja. Ręcznie wyselekcjonowane i nie zmiażdżone owoce obydwu odmian winorośli były krótko (i osobno) fermentowane w stalowych kadziach, po czym wino już jako nietknięty beczką kupaż trafiło do butelek. Dzięki temu udało się w nim przemycić zarówno wyrazisty charakter odmian syrah i grenache, jak i cechy apelacji, która tylko w ilości wspomnanych łupków ustępuje bardziej prestiżowemu sąsiadowi zza miedzy, Prioratowi. Wino jest intrygujące, a jednocześnie nadaje się do szerokiej gamy dań, głównie tych na bazie białego mięsa, ale możnaby je też podać do co tłustszych ryb, nie mówiąc już o serach.

O Bri Rosat pytajcie importera Bon Wino, któremu bardzo dziękuję za udostępnienie wina do degustacji!

Oczy: jasnoczerwone, przezroczyste

Nos: wiśnie, jeżyny, balsamico, balsamico, pieczeń

Usta: wiśnie, czereśnie, maliny, pieprz, słonawe, dobra kwasowość

Ogólna ocena: 6/7

Przecież żaden szanujący się winoman nie pije primitivo ~ Grande Corterosso Primitivo di Manduria z Przystanku Wino

No jasne. Primitivo jest przereklamowane, tylko parweniusze piją primitivo, primitivo to nowa kadarka, primitivo is so 2015 i tym podobne slogany. Należycie do obozu ludzi znudzonych tematem tego wszechobecnego Włocha? Was też zapraszam do lektury!

Jak wiadomo, primitivo znajdziemy praktycznie wszędzie. Sklepy winiarskie na fali zainteresowania tymi winami, wprowadzają je do swoich portfolio zapewniając sobie obroty, przynajmniej do wyczerpania zapasów primitivo. Dlaczego Polacy tak je lubią? Bo jest przyjazne, pełne smaku, bardzo pijalne, a przy tym nie budzące wstydu, kiedy chcemy napić się czegoś niezobowiązującego, ale poczciwa tania kadarka już cokolwiek nam nie leży, zresztą nikomu chyba nie muszę przypominać, że tania kadarka to ze wszech miar siara.

grande_corterosso_primitivo_di_manduria

A teraz na poważnie. W żadnym razie nie należy uważać primitivo za mniej obciachową alternatywę dla podłych tanich czerwonych win. W szczególności nie można za nią uważać kosztującego 49 zł apulijskiego primitivo di Manduria, które znajdziecie w warszawskim Przystanku Wino na Paryskiej 28. Sporo dzieje się w tym winie, choć nuty, dość typowe dla primitivo, nie należą do moich ukochanych. Zarówno w nosie, jak i w ustach, pierwsze skrzypce gra mieszanka dżemów z wiśni, kaliny, jagód, śliwek węgierek, malin i truskawek, do tego gdzieś w tle unosi się delikatna kwiatowa perfuma. Aby jednak nie było za słodko, żwawa kwasowość dodaje winu nieco werwy, choć cały efekt psuje trochę zbyt wysoki alkohol. Wreszcie na finiszu mamy ciekawą nutę popularnych cukierków tymiankowo-podbiałkowych, tych na gardło. To nie jest oczywiście maksimum możliwości primitivo, a win z tego szczepu w Przystanku Wino nie brakuje. Warto wybrać się na rekonesans i ocenić na własnym nosie i języku, nie tylko zresztą wina z południa Włoch.

Przystankowi  Wino uprzejmie dziękuję za butelkę!

Oczy: rubinowe z fioletowymi refleksami

Nos: wiśnie w syropie, kalina, jagody, śliwka węgierka, dżem truskawkowy, dżem malinowy, ziemia, kwiaty

Usta: dżem truskawkowy, dżem malinowy, cukierki tymiankowo-podbiałowe, dobra kwasowośc, wyraźny alkohol

Ogólna ocena: 3/7

Bikavérek ~ Juhász Egri Bikavér 2011 z Lidla

Od pewnego czasu na lidlowych półkach (jeszcze chyba) stoją wina z Węgier w bardzo różnych cenach. Rzuty z tego kraju zawsze bardzo mnie cieszą, bo, jak niektórzy z Was wiedzą, moja winna pasja zaczęła się właśnie na Węgrzech. Inną sprawą jest częste rozczarowanie, z jakim się spotykam, bo ceny węgierskich win dostępnych w Polsce wciąż nie zawsze odpowiadają ich jakości.

To zabawne, ale mam ostatnio do czynienia z winami, które, mimo że z dyskontów, powinny jednak smakować cokolwiek dojrzalej, pełniej, bardziej bogato. Na łamach dotrzechdych.pl pojawią się niedługo moje recenzje biedronkowych cabernet sauvignon i syrah w wesji baby, których niedojrzałość można tłumaczyć młodym wiekiem, ale przede wszystkim niską ceną. Czy to je broni? Rozstrzygnięcie tej kwesti pozostawiam Wam. A tymczasem – oto kolejna winna „młoda krew” – bycza krew, czyli kosztujący 19,99 zł Egri Bikavér ze znanej i uznanej egerskiej winiarni Juhász.

juhasz_egri_bikaver

Wino jest – a jakże – krwistoczerwone i przejrzyste, pachnie i smakuje apetyczną mieszanka dojrzałych śliwek i wiśni, może też czerwonych porzeczek. W tle pojawia się świeżo zmielony czarny pieprz, który z kolejnymi kwadransami ustępuje bardziej spokojnym, ziemistym nutom. Ta wersja byczej krwi jest całkiem lekka, a po pewnym czasie wręcz miękka w ustach, choć nie pozbawiona żwawej kwasowości. Brakuje mi trochę garbników i ciała, ale pewnie nie wszystkim z Was te niedociągnięcia będą przeszkadzać. Pytanie też, czy to są w ogóle niedociągnięcia i czy to konkretne wino powinno być cieliste i taniczne.

Do wyrobu Egri Bikavér na Węgrzech dopuszczonych jest aż 13 czerwonych odmian winorośli. Możemy więc spodziewać się po tych winach szerokiego spektrum stylów, koncentracji, czy intensywności beczkowych aromatów. Dochodzi do tego duże geograficzne zróżnicowanie obszarów, na których winiarze mogą wytwarzać wino o tej zastrzeżonej nazwie. Bycza krew od braci Juhász to jedna z subtelniejszych interpretacji węgierskiego klasyka, nadal jednak jest soczysta i aromatyczna.

Za wino bardzo dziękuję importerowi!

Oczy: czerwone, przejrzyste

Nos: śliwki, wiśnie, czerwona porzeczka, czarny pieprz, ziemia

Usta: : śliwki, wiśnie, czerwona porzeczka, dobra kwasowość, lekkie ciało, łagodne taniny

Ogólna ocena: 4/7