Magiczna granica ~ 5 butelek za więcej niż 100 złotych

Czy rzeczywiście kwota 100 złotych za wino jest psychologiczną granicą, którą boimy się przekroczyć? Za co ja płacę, jeżeli już zdecydowuję się na zakup? A Ty za co płacisz? A Państwo? I czy w ogóle warto?

To i parę innych pytań zadałam sobie ostatnio po degustacji w ciemno, którą w WINSKY zorganizował Michał „Wine Mike” Misior. Degustacje tego rodzaju czasem coś wyjaśniają, czasem wiele wyjaśniają, ale najczęściej rodzi się po nich jeszcze więcej pytań, niż przed wzięciem pierwszego łyka. Nie mówię, że to źle! Przynajmniej jest się nad czym zastanawiać, a nie że tak po prostu – kawa na ławę, wiadomo, co to za produkt, jaki jest i dla kogo. Żadnych kontrowersji, notki zrobione i wszyscy rozeszli się do domów. Na szczęście nie tym razem. Spróbowaliśmy dziewięć win od różnych importerów, z różnych krajów, o przeróżnej jakości i oto garść moich przemyśleń na temat pięciu z nich, bo uznałam, że właśnie te warte są uwagi. W kontekście ich ceny, ale przede wszystkim ze względu na jakość.

Czyli, jak możecie się domyślić, znakomita większośc zaprezentowanych przez Michała win zasługiwała na swoją cenę, choć trzeba przyznać, że jednak musimy dysponować tą stówką lub dwiema. Z hakiem. A kto będzie chciał wydać te pieniądze? Właśnie w tym sęk.

inama soave

1. Inama Vigneto du Lot Soave Classico 2015 (Krople Wina, 219 zł)

Za co zapłacę: Za obfite i jędrne ciało podbite solidną mineralnością oraz zniewalające aromaty dojrzałych jabłek i podsuszanych owoców (skojarzenie: wigilijny susz). Za słonawość, która tak doskonale dopełnia całości.

Kto nie zapłaci: Ten, kto szuka tarasowego soave. Zdecydowanie wymaga cierpliwości, uwagi i dłuższej refleksji, ale świadomy kupiec zapłaci i stówkę, i dwie. To wino jest przepyszne.

mitolo shiraz

2. Mitolo GAM Shiraz 2013 (Wine Avenue, 119 zł)

Za co zapłacę: Za charakterystyczny niuans eukaliptusa, który tak lubię. Za hedonistyczny smak czerwonych owoców wyjętych z gęstego likieru, nieźle ułożone taniny i zrównoważoną kwasowość. Ten shiraz z winnicy Mitolo jest poważniejszym „starszym bratem” Jestera, dostępnego również w Wine Avenue.

Kto nie zapłaci: Ten, kto nie wpadnie na to, że australijski shiraz australijskiemu shirazowi nierówny i czasem warto darować sobie te kilka latte na mieście, a zamiast tego dołożyć tak zaoszczędzoną mamonę do butelki wina, żeby poczuć różnicę.

inama carmenere

3. Inama Carmére Più 2014 (Krople Wina, 110 zł)

Za co zapłacę: Za najbardziej zadziorne carménère, jakie piłam. Porzeczka schrupana razem z liśćmi i jeszcze doprawiona czarnym pieprzem. Sporo tu zieloności i swoistej południowomorawskiej rustykalności. Stawiałam wpierw na jakąś frankovkę albo svatovavřinecké, a tu proszę. Carménère z Veneto. Più, czyli ‘więcej’. Że tak pojadę sloganem Januszów marketingu: więcej niż carmére, ale niech mi to będzie wybaczone, bo to wino daje naprawdę sporo radochy i wymyka się wszelkim stereotypom.

Kto nie zapłaci: Ten, dla którego wszystko wyżej wymienione jest nie do przełknięcia. To jest wino wyłącznie dla odkrywców albo tych, którzy doskonale wiedzą, co znajdzie się w ich kieliszku.

barbi brunello

fot. Andrzej Staniszewski

4. Fattoria dei Barbi Brunello di Montalcino 2012 (Lidl, 129 zl)

Za co zapłacę: Za elegancję, zachowawczą ekspresję świeżej wiśni i ziemisty niuans. Duże zaskoczenie!

Kto nie zapłaci: Klienci Lidla, którzy są przyzwyczajeni do dobrych winek za 23,99 zł. I tak jest progres, bo niegdyś wydanie dwóch dych było gestem wysoce burżuazyjnym. Wiem, bo obserwowałam, a nawet, tfu, uczestniczyłam. A jak będzie z tak piekielnie drogimi winami dostępnymi w Winnicy Lidla? Czas pokaże.

cuvelier los andes

5. Cuvelier Los Andes Colección Mendoza 2012 (Mielżyński, 127,50 zl)

Za co zapłacę: Za miły spacer po lesie z koszykiem pełnym owoców – oczywiście leśnych – zakończony posiedzeniem przy aromatycznej kawie. Świetnie ułożone, dokładne, zaprojektowane z matematyczną precyzją, do delektowania się podczas zimowych wieczorów, których jeszcze nam trochę zostało.

Kto nie zapłaci: Ten, komu wystarczy „Mendoza” na etykiecie, żeby podjąć wątpliwie słuszną decyzję wydania trzech dych na butelkę dżemowatego, pluszowego płynu.

 

Macie niedosyt? Brakuje Wam tych czterech butelek, które zdecydowałam się pominąć? Według mnie nie pozostawiły żadnych wątpliwości, nie stawiałam sobie po nich żadnych pytań oprócz jednego: dlaczego tak drogo? W moim przekonaniu nie są warte swoich ponadstuzłotowych cen, ale jeżeli zżera Was ciekawość i musicie dowiedzieć się, co to za wina i jak zostały ocenione przez moich towarzyszy, zajrzyjcie na:

Wine Trip Into Your Soul

Trzy Kolory Wina

Winiacz

Reklamy

Wino do koncertu ~ Nick Cave and The Bad Seeds na Torwarze + Mitolo Jester Cabernet Sauvignon 2012 z Wine Avenue

Przypomnijcie sobie Wasz koncert życia. Jakie wino najchętniej byście do niego wychylili?

Jednym moich z najważniejszych koncertów był występ Radiohead w poznańskiej Cytadeli w 2009 roku. Rany, za rok minie już dziesięć lat, a wciąż doskonale pamiętam ten żar, a potem kojący wieczorny chłodek, kiedy urzeczona oglądałam niesamowicie energetyczny audiowizualny spektakl, jaki zaserwował nam zespół, litując się jednocześnie nade mną i nie grając utworu Creep.

I jak dotąd to był mój koncert życia. Jednak sześć lat później, na Open’erze, Nick Cave & The Bad Seeds absolutnie zgnietli i zmietli poznańskie show panów z Abingdon. Od tamtej pory moją miłość do Nicka Cave’a i Warrena Ellisa trudno nazwać jakąś tam fanowską sympatią. Bezwzględnie wyznaję ich talent i charyzmę. Oby żyli wiecznie.

Drugi raz panowie pozamiatali zeszłej jesieni, we wściekle mroźny październikowy wieczór. Tym razem znaleźliśmy się w dużej, ale zamkniętej przestrzeni hali, na pewno dającej więcej, hm, intymności, niż teren lotniska. Szłam zdecydowanie z dużo większym ładunkiem emocjonalnym i może też z większą wyrozumiałością, że Nick będzie w gorszej kondycji ze względu na swoje traumatyczne doświadczenia. Zresztą po druzgocącej wiadomości o tragicznej śmierci jego syna byłam pewna, że to już koniec jego muzycznej kariery. Tymczasem Nick jak feniks odzyskał pełnię sił i przekuł je w tym większą ekspresję na scenie. I było wszystko. Największe hity z The Mercy Seat, Weeping Song czy Red Right Hand na czele. Stopniowe dawkowanie emocji z niemal noise’owymi punktami kulminacyjnymi. Refleksyjne interludia ze starymi i nowymi balladami. Chodzenie po ogarniętej ekstazą publiczności. A na koniec wisienka na torcie: obowiązkowy melanż z fanami na scenie przy dźwiękach m.in. Stagger Lee. Wszystkie te skrajne, ale jakże wspaniale skomponowane doznania otrzymałam jak na talerzu (a konkretnie – na Torwarze), zaledwie kilka przystanków od mojego domu.

Jeszcze w trakcie koncertu postanowiłam podjąć się karkołomnego zadania, jakim jest dopasowanie do tego fenomenalnego wieczoru jakiejś adekwatnej butelki. I cóż, nie było łatwo. Wszczęłam poszukiwania w mieście stołecznym (a wirtualnie w całym kraju) idealnego czerwonego wina z Australii, no bo z jakiego innego kraju mogłabym dobrać wino do tego występu, jak nie z kraju pochodzenia zespołu? Postawiłam na cabernet sauvignon, bo – myślę – shiraz będzie jednak zbyt miękki, zbyt przyjemny, za mało zadziorny, taka czarna pantera, ale jednak udomowiona, ze spiłowanymi pazurami. Potrzebowałam czegoś z polotem, ale i z odpowiednią dawką taniczno-kwasowej zadziory. Wszystkie te tropy skierowały mnie ku porządnemu australijskiemu cabernetowi.

Dodatkowym utrudnieniem było założenie, że wino miało nie kosztować więcej niż około 100 złotych. Po wielu dniach tęgiej rozkminy i tygodniach poszukiwań padło w końcu na kosztujące 79 zł Mitolo Jester Cabernet Sauvignon 2012. Wino pochodzi z winnicy Mitolo Wines z McLaren Vale – regionu w Australii Południowej znanego z potężnych, a jednocześnie eleganckich win. Jestera ma w swoim portfolio Wine Avenue.

I w zasadzie prawie się udało. Prawie, bo doprawdy nie wiem, w jakie zakątki Australii musiałabym się wybrać, żeby znaleźć cabernet sauvignon, które smakuje jak wokal Cave’a i skrzypce Ellisa. Albo ile pieniędzy wydać tu w Polsce, żeby wrażenia z degustacji przynajmniej w dziesiątej części odpowiadały temu, co działo się tego zimnego wieczora na Torwarze.

W pewnym sensie wino miało ułatwione zadanie, bo w tym jesiennym koncercie nastrojowości i refleksyjności było więcej niż drapieżnych i szaleńczych pasaży, których których jednak zespół nie żałował i które serwował dokładnie wtedy, kiedy było trzeba. Podobnie Jester – to raczej dominacja dojrzałej elegancji owocu (jagoda, jeżyna, czarna i czerwona porzeczka, śliwka węgierka, suszona żurawina) oraz dodających polotu niuansów eukaliptusa i suszonej mięty. Nie brak tu temperamentnych, ale drobnoziarnistych i ładnie wtopionych w materię tanin, alkohol tylko subtelnie daje o sobie znać. Do tego szlachetne aromaty świeżo zmielonej kawy, pieprzu, ziemi i przykurzonych suszonych kwiatów. Zupełnie jak widniejący na etykiecie sowizdrzał, Jester to doświadczony showman, który doskonale wie, jak porwać publikę. Mnóstwo w nim charyzmy i charakteru i choć ma już trochę lat, to dzięki jakiejś tajemniczej, niemal młodzieńczej energii, wino nie nudzi się aż do ostatniego kieliszka.

Ocena: 4/5

Do czego: szlachetne wędliny, dojrzałe twarde sery, pieczeń wołowa, jagnięca, dziczyzna

Wino na obiad, wino-obiad ~ Domaine Lattard Roussanne 2016 z La Cave de Philippe de Givenchy

Nie mogę przestać myśleć o jedzeniu. Być może dlatego, że w myśl zasady: „Nowy Rok – nowa ja”, narzuciłam sobie pewne kulinarne ograniczenia, których może będę się  trzymać przez jakiś czas. Jednak co do jednej rzeczy jestem w pełni przekonana – nie warto, a nawet nie można całkowicie rezygnować ze smakowitości, które przynoszą nam czystą radość.

W poprzednim odcinku pisałam o przepysznym szampanie. Raczej nie powinien być on substytutem pełnowartościowego śniadania, ale jego złożone aromaty i bogaty smak niejednemu może kojarzyć się z tym posiłkiem. Ale ani się obejrzeliśmy, a już obiad – podano do stołu!

A podano Roussanne z roku 2016 od Domaine Lattard – małej winniarni znajdującej się w niewielkiej miejscowości Autichamp około 80 kilometrów na południe od Lyonu. Jesteśmy więc na lewym brzegu północnej części Doliny Rodanu. Jak wiele win dostępnych w La Cave de Philippe de Givenchy, to wino nie figuruje jednak pod żadną apelacją, bo ani nie musi, ani nie chce. Jest to po prostu vin de France. I, jak wiele win z jaskini Philippe’a, również i to nie ma dodanych siarczynów… bo zdecydowanie nie chce i nie musi. Uprawy i winifikacja w Domaine Lattard są maksymalnie naturalne, co pozwoliło owocom roussanne w pełni dojść do głosu.

Szczep roussanne zwykle daje wina krągłe i jedwabiste o raczej niskiej kwasowości, co w wielu przypadkach skutkuje doznaniami jednowymiarowymi niczym poglądy Towarzystwa Płaskiej Ziemi. Jednak roussanne dobrze potraktowane przez winiarza jest naprawdę bogate i doskonale zrównoważone, czego przykładem jako żywo jest to wino. Nie było niefiltrowane, pozostało więc nieco mętne i ma piękny, niemal pomarańczowy kolor. Kiedy je spróbowałam, przypomniały mi się leniwe letnie popołudnia na wsi, kiedy upał zaczyna powoli stygnąć i dopiero wtedy zaczyna się odczuwać głód. Wtedy obiad pojawia się w samą porę. Na początku wyczułam wyraźny aromat bardzo porządnego rosołu z kury gotowanego z liściem laurowym i ziołami prowansalskimi. Po zupce następuje lekki deserek w postaci nieco przejrzałych pigw i jabłek pałaszowanych przed domem, wśród oszałamiających aromatów polnych kwiatów.

Byle do lata!

Od tego samego producenta Phillippe ma też wyśmienitego, bogatego  viogniera, który oprócz soczystości i naturalistycznej zadziory ma w sobie naprawdę dużo polotu, sporo charakterystycznych zielonych nut i mnóstwo owocu. Bon appétit!

Szampan na śniadanie, szampan-śniadanie ~ Champagne Vouette et Sorbée Fidèle Extra Brut

Każdy człowiek powinien mieć prawo do kieliszka szampana przynajmniej raz dziennie.

Na przykład na śniadanie. Choć, w myśl zasady, że szampan jest dobry na każdą okazję – nie warto się w tej kwestii ograniczać – zdecydowanie rekomenduję dawkowanie sobie różnych ekspresji tych win na różne okazje, o różnych porach dnia. Czego sobie i Państwu życzę.

Jeżeli interesuje Was terroir, w którym powstał ten szampan (a powinno), to jest obo bardzo istotne – począwszy od rodzaju gleb, poprzez biologiczny charakter upraw i skończywszy na winifikacji bez chemicznych dopalaczy. Efektem kombinacji wszystkich tych czynników jest charakter szampana Fidèle, który zaintryguje niejednego amatora bąbli. A więc co z tymi glebami? 5-hektarowe siedlisko Domaine de Vouette & Sorbée Bertranda Gautherota leży 60 kilometrów na północny wschód od Chablis i to właśnie do tej apelacji jest mu bliżej, niż do Doliny Marny. Na portlandzkich wapieniach leżą tu pełne prastarych skamielin gleby kimerydzkie, zupełnie jak w Chablis. Na tym jednak kończą się podobieństwa z tym regionem, słynącym z wytrawnych, wspaniale mineralnych chardonnay. Pomimo geograficznych podobieństw, inny jest szczep – mamy tu 100% pinot noir. No i jesteśmy jednak w Szampanii, a skoro Szampania, to mus, że musujące. Ale jakie!

Kolor Fidèle kojarzy się ze złoto-pomarańczowym blaskiem wschodzącego słońca w lecie, a żwawe bąbelki grzecznie ustawiają się w równe sznury, jak przedszkolaki na spacerze. I potem urocze śniadanie – dobrze wypieczona maślana bułeczka z konfiturą z mirabelki, obok talerz świeżych, dojrzałych moreli. Gdzieś tam w tle aromatów majaczy delikatna nutka oksydacji, zdradzająca naturalistyczne podejście do produkcji wina.

W ustach brniemy dalej w aromaty śniadania mistrzów, w skład którego wchodzą znów morele i mirabelki w towarzystwie brioszki. Za chwile jednak na stół (albo do łóżka) wjeżdża smażone jajko i aromatyczny ser na grzance. Drobniutkie bąbelki dają poczucie pełni w ustach i jednocześnie wzmagają apetyt na jeszcze. Bogactwo tej hedonistycznej uczty precyzyjnie spina wytrawność i rześkość odświeżająca jak poranne powietrze w górach oraz delikatnie aspirynowy finisz.

Mmmm… :)

Szampana importuje Winoblisko, a ja kupiłam je za ciężkie 240 zł w promocji w warszawskich Dyletantach. Zaręczam, że w odróżnieniu od wielu szampanów dostępnych na rynku, warto chociaż raz się nim podelektować, na przykład w noworoczny poranek :)

Wina na Święta i po Świętach ~ Przegląd win Michele Biancardi

Jest duża szansa, że niektóre z win Michele Biancardi być może akurat podeszłyby pod śledzika, karpika, pierożki czy bożonarodzeniową pieczeń. Sprawdźcie, jeżeli zostało jeszcze Wam coś ze świątecznego stołu. Ale puśćcie sobie do któregoś z tych win chorały gregoriańskie – być może dopiero wtedy stanie się cud.

Skąd pomysł na chorały gregoriańskie? Zupełnie nie chodzi mi o to, że struktura i finezja win Biancardi przypominają tkane subtelną nicią średniowieczne śpiewy, choć może to jest dobry trop. Nawet pomysł z wpleceniem chorałów do tej notki nie wyszedł z mojej głowy. To twórca tych apulijskich win pomyślał, że połączy jedno z drugim na etapie ich dojrzewania. W myśl teorii, że różne gatunki muzyki wpływają w określony sposób na strukturę, a więc i jakość wody, Michele postanowił puszczać swoim zamkniętym w beczkach i amforach winom w piwnicy właśnie chorały gregoriańskie. Nie upieram się w kwestii prawdziwości tej hydrozofii, nie to jest tu najważniejsze. Natomiast faktem jest, że warto pochylić się nad wszystkimi dostępnymi w Polsce winami Biancardi, z których jak dotąd poznałam pyszne Insolito z bardzo ciekawego lokalnego szczepu minutolo oraz kupaż primitivo i nero di Troia, Uno Più Uno.

 

 

 

Oprócz bieżących roczników wspomnianych dwóch, zdecydowanie warte uwagi są mineralne i cieliste Solo Fiano, złożone i pełne polotu Anima di Nero 2014 i Ponte Viro 2015, jedno z najlepiej zrobionych primitivo dostępnych w Polsce. Michele wraz z Piotrkiem Chełchowskim z Kropli Wina (importerem tych win), zaprezentował nam też zrobione z nero di Troia Milleceppi 2014 i to właśnie jemu chcę poświęcić więcej miejsca.

Przychodzi mi do głowy być może trochę karkołomna kombinacja metafor. To wino z jednej strony jest poukładane i harmonijne jak wspomniane chorały gregoriańskie, a z drugiej – do pewnego stopnia oddaje klimat chaotycznych i dzikich czasów, w których powstała ta pełna finezji i mistyki muzyka. Jakby odśpiewano Gargantuę i Pantagruela właśnie na modłę gregoriańską. Sacrum i profanum idą ręka w rękę i doskonale czują się we własnym towarzystwie. A więc forma jak najbardziej harmonijna – a treść?

Przypomina barda przechadzającego się ciasnymi uliczkami miasta i dzierżącego gliniany bukłak z resztkami nalewki czereśniowej, który jeszcze przed chwilą był w ramionach pachnącej kwiatami młodej dziewki. Przejęty głodem po intensywnej nocy wstępuje do pełnego aromatów ziół wyszynku, aby nabrać sił przed kolejną przygodą. Kojarzycie może Jaskra?

Ale uwierzcie mi, w tym winie nie ma żadnych dysonansów. Powstało z owoców nero di Troia podsuszanych na krzewach przez 2-4 tygodnie, które następnie trafiły nie od razu do amfory, ale do stalowych kadzi, gdzie spontanicznie zafermentowały na dzikich drożdżach. Dopiero potem przyszedł czas na błogie 8 miesięcy dojrzewania w glinianych zbiornikach z chorałami gregoriańskimi w tle. Potem jeszcze 3 miesiące aklimatyzacji w butelce i wreszcie wino trafia do sprzedaży. Jak widać, na żadnym etapie produkcji Milleceppi (jak wszystkich win Michele) nie było przypadku, a efekt jest taki, że można z nim spędzić dłuższą chwilę, wczuwając się w jego opowieść i pogryzając świąteczne, poświąteczne i te zupełnie codzienne smakowitości.

Wina Michele Biancardi pochodzą z krzewów rosnących na wapiennych glebach, pełnych leżących tam od milionów lat skamieniałych muszli i wygładzonych przez pradawne wody otoczaków. Michele z jednego krzewu uzyskuje 1-2 butelki, a więc win nie powstaje zbyt wiele. Mamy szczęście, że przynajmniej część z nich trafiła do Polski.

Côt, Bambi i cesarz ~ Clos Triguedina Probus 2007

Do napisania tego tekstu (oprócz samego wina rzecz jasna) zainspirował mnie facebookowy post pewnej restauracji, który reklamował swoją pieczeń z sarny. Potrawa wyglądała przesmacznie, co jeden z internautów skomentował zdaniem: „Dobry Bambi!”. Lekki szok podszyty dysonansem (pop)kulturowym (oprócz samego wina, rzecz jasna) zmotywował mnie do odkopania notatek i napisania tekstu o winno-sarnim food pairingu. I co prawda Bambi był jelonkiem, ale mniejsza z tym.

Mimo, że leży mi na sercu los umęczonych zwierząt rzeźnych, póki co nie jestem w stanie odżegnać się od tatara czy pieczonej dziczyzny raz na jakiś czas. Nie odżegnałam się również i w warszawskiej Nowinie na degustacji zorganizoanej przez Asię Porembę ze stowarzyszenia Kobiety i Wino, z udziałem przedstawicielki winnicy Clos Triguedina z Cahors. No i cóż, było świetnie.

Tamtego wieczoru zaserwowano nam cztery potrawy, ale chciałabym napisać o jednej, która była częścią rzadkiego zjawiska, jakim jest idealny food pairing. Był to stek należący niegdyś do pewnej sarny, resztę stanowiło wino Clos Triguedina 2012. Czyli malbec, tradycyjnie zwany w Cahors côt z domieszką 13% merlota i niewielkimi, ale jakże istotnymi 2% tannata. Wino samo w sobie nie było winem wieczoru, ale połączenie z mięsem właśnie tego kupażu dało w efekcie fantastyczną wartość dodaną, która według mnie definiuje perfekcyjne połączenie wina i potrawy. Dzięki porządnym taninom zawartym w winie odrobinę twardawa sarnina zyskała teksturę niemalże ptasiego mleczka, a soczyste i – nomen omen – mięsiste wino nie znikło w towarzystwie naturalnie wyrazistego mięsa, doprawionego jeszcze leśnymi grzybami i sosem z trawy żubrowej. Dość powiedzieć, że aromaty wina doskonale zgodziły się z tym, co mieliśmy na talerzach – moc leśnych jagód, jeżyn, czereśni, niuans żywicy, świeże i suszone zioła, fiołki, a wszystko podbite aromatem tlącego się ogniska… Istna puszcza w kieliszku!

Clos Triguedina AOC Cahors 2012

Na podobne sarny i jelonki mógł polować czcigodny cesarz Marek Aureliusz Probus podczas wizytacji na rozległych rubieżach swojego cesarstwa, które w przyszłości miały się stać winiarską Gaskonią, Roussillon, Langwedocją i Prowansją. To właśnie jego imię nosi najlepsze wino tamtego wieczoru, Probus 2007, stuprocentowy côt o aromatach podobnych, jak w poprzednim winie, potężnych i dojrzałych taninach, ciekawie podkręcony niuansem eukaliptusa.

p

Probus AOC Cahors 2007

Cesarz raczej nie był wegeterianinem i jakkolwiek część z Was może się nie zgadzać z jego kulinarnymi preferencjami, to jednak trzeba mu oddać, że między innymi to dzięki jego staraniom możemy dziś cieszyć się winami z wielkich połaci francuskiego Południa, Bordeaux, Doliny Rodanu, a nawet z Doliny Mozeli i Nadrenii, by wymienić tylko kilka regionów, w których cesarz wskrzesił podupadłe winogrodnictwo albo je zapoczątkował. Uciszywszy bowiem, przynajmniej na krótki czas, rewolucyjne nastroje wśród Gallów, Gaskończyków, Burgundów, Gotów i kilku innych zbuntowanych plemion, zaczął sadzić winnice literalnie wszędzie, sadzić, jak opętany. Bo warto wiedzieć, że oprócz zdobywania kolejnych terenów dla Cesarstwa oraz uspokajania zbuntowanych ludów, Probus pasjonował się ogrodnictwem i uprawą roli, zwłaszcza winogrodnictwem. Mówię Wam, wszyscy mięsożercy są w miarę w porządku, a w każdym razie uwierzcie – przynajmniej część z nich naprawdę się stara.

Zdrowie tego pana!

Wina z winnicy Clos Triguedina znajdziecie w sklepach M&P.

Saudade odłożona na potem ~ Kilka win z Wines of Portugal

Saudade – smutek, melancholia, tęsknota.

Tak z grubsza można przetłumaczyć to portugalskie słowo oznaczające głęboką, nieprzemijającą nostalgię. Z grubsza, bo Portugalczycy utrzymują, że saudade nie da się jeden do jednego przełożyć na inne języki. Co ciekawe, wpływ ich narodowego stanu ducha nie ogranicza się tylko do spraw miłosnych i egzystencjalnych, ale swoim zasięgiem ten termin obejmuje też historię narodu. To zadziwiające, że mieszkańcy tak słonecznego kraju podzielają tę specyficzną nostalgię z gromadą ludzi rzuconą na nasz nadwiślański padół łez i frustracji, obecnie wyjątkowo ponury. Istnieje jednak różnica między portugalskim homo trisits i Polakiem, a jest nią podejście do tej nostalgii. Portugalczycy bowiem nie tylko lubią swoją saudade – wynieśli ją na piedestał jako narodową cnotę i z lubością kontemplują je, kiedy tylko nadarza się ku temu dobra okazja. A Portugalczycy już umieją zadbać, aby takich chwil w ich życiu nigdy nie brakowało. Delektują się więc saudade jak kieliszkiem dobrego wina czy dźwiękami rzewnego fado, przy kieliszku dobrego wina i dźwiękach rzewnego fado, wczoraj tak jak dziś, i jutro pewnie znów. I rozmyślają o wszystkich dobrych rzeczach, których już nie ma, i o tych, które jeszcze nie nadeszły.

No to ja właśnie o przeszłości. W pewien całkiem jeszcze pogodny październikowy dzień organizacja Wines of Portugal utuliła mnie w tęsknocie za ciekawymi ludźmi i winami, które wniosą trochę słońca w coraz bardziej ponurą jesienną aurę. Rzadko spotykam portugalskie wina, które reprezentują coś więcej niż doskonale gastronomiczny charakter. Oczywiście chwała im, że świetnie sprawdzają się w restauracjach i w naszych kuchniach, ale ja tamtego dnia miałam nadzieję na jakieś odświeżające doświadczenie. No i proszę – udało się!

Trzy wina białe, dwa czerwone, jedno musujące. Oto biel numer jeden z winnicy Quinta do Pessegueiro działającej na północnym wschodzie Portugalii, w Górnym (Alto) Douro. Pessegueiro Aluzé White Douro DOP 2016 to kupaż lokalnych odmian rabigato, cercial i gouveio, rosnących na moich ulubionych łupkach i uprawianych w sposób organiczny. Opiekę nad procesem winifikacji sprawuje tu słynny João Nicolau de Almeida – bardzo zasłużony dla regionu enolog, w którego żyłach zamiast krwi już chyba od dawna musi płynąć mieszanka tutejszych win. A jaki jest ten blend? Świeżym aromatom owoców i kwiatów z południowoeuropejskich sadów towarzyszy intensywna mineralność i ledwie wspomnienie o dębinie (tylko 35% wina fermentowało w dużych dębowych beczkach, reszta trafiła do stalowych kadzi). Wino prosi się o owoce morza we wszelkiej postaci i nie jest dostępne w Polsce – mam nadzieję, że ta niezręczna sytuacja szybko się zmieni.

Z tego samego regionu przyjechało do nas wino ze stosunkowo młodej, organicznej winiarni Quinta das Marvalhas, należącej do rodzinnej winiarskiej kooperatywy Casa Agrícola Reboredo Madeira, działającej od połowy XVIII wieku. Vinha da Urze Reserva White 2015 to również kupaż lokalnych szczepów, tym razem są to: códega de Larinho, znów rabigato oraz viosinho. Połowa wina dojrzewała w stali, druga połowa – we francuskim dębie. W tamtejszym suchym klimacie, na ubogich (też łupkowych!) zboczach smaganych wiatrem oprócz winorośli da się wyhodować jedynie oliwki i migdały. Orzeźwiająca kwasowośc i wyraźny niuans morskiej bryzy budzą wspomnienia o skalistych wybrzeżach obmywanych nieokiełznanymi falami. Aromaty owoców spod znaku jabłek i moreli elegancko komponują z zupełnie nienachalnym, szlachetnym beczkowym podbiciem. Do tego wina warto zaserwować oprócz owoców morza również morską rybę. Producent szuka importera i oby rychło go znalazł!

z domieszką gliny, czyli na podłożu mającym potencjał dać strukturalne, pełne wina. To akurat powstało z pochodzącego z Francji, ale bardziej kojarzonego z Portugalią, szczepu alicante bouchet, i już pewnie dobrze znanego polskim winomanom. Ta potężna odmiana idealnie nadaje się do spędzenia jakiegoś czasu w dębie, zatem po fermentacji w stalowych kadziach wino trafiło na 9 miesięcy do amerykańskich i francuskich małych beczek. Efekt? Alkoholu jest tu sporo, bo aż 14,5%, ale jest on doskonale wtopiony i razem z taninami oraz gęstą,  nieco mroczną materią rozmaitych czarnych owoców mości się w ustach jak kot w  welurowym kocyku.  To wszystko zrównoważone doskonałą kwasowością. Ekstraktywne,ale bez przesady, taniczne, ale nie szorstkie. Wina od Casa Santos Lima są dostępne w 50 krajach na całym świecie. Polsko, nie bądź w tyle.

Druga czerwień, tym razem z rdzennie portugalskiej odmiany. O ile u poprzednika  na pierwszy plan wyrywał się mocny czarny owoc, to w Quinta da Gandara Reserva Touriga Nacional Dão DOC 2012 czereśniowo-jagodowa soczystość jest elegancko ujarzmiona przez przyjemne niuanse świeżo mielonej kawy i czekolady.  Wino także fermentowało w stali, a dojrzewało 10 miesięcy tylko we francuskich barriques. Czyli tyle, ile trzeba, aby dać wino o potężnych, ale już dojrzałych, wygładzonych taninach. Ten sam producent przywiózł też produkowane metodą szampańską musujące Caves da Montanha Baga Bairrada DO 2013, które urzekło mnie ciekawym owocem spod znaku niedojrzałych truskawek i białych malin z eleganckim mineralnym tłem. Polacy mogli spotkać się z prostszymi winami od Caves da Montanha chociażby w Biedronce, ale mam nadzieję, że dzięki któremuś z importerów będą mogli poznać poważniejsze wina z jego porfolio.

W poszukiwaniu win zrobionych z rzadkich, endemicznych odmian, trafiłam na unikat z apelacji położonej w regionie Lisboa. Szczęśliwie krzewów ramisco nie dotknęła plaga filoksery dzięki piaszczystym glebom, w których ta mszyca nie jest w stanie przetrwać. Arenae Ramisco Colares DOP 2008 to pełnokrwisty mocarz, w którym ziarniste taniny wiążą się w mocnym uścisku z nutami śródziemnomorskich ziół, żywicy oraz soku z wiśni i czereśni. Nie jest to © Wikipediajednak przeładowany materią kulturysta – wręcz przeciwnie. Jak w rzeźbie Milona z Krotonu nic tu nie odstaje, niczego nie jest za dużo, a jednoześnie winu nie brakuje autentyczności, dynamizmu  i indywidualnego charakteru. Pomimo dojrzewania w beczkach różnej proweniencji przez trzy lata, a potem jeszcze przez rok w barriques, wino nadal jest niesamowicie żwawe!

A na deser – wino amforowe z rodzaju pomarańczowych, oczywiście do szpiku kości wytrawne. Wiem, że amfory są już bardzo 2016 i teraz przez wszystkie przypadki odmieniane są pét-naty, ale pamiętajcie – nie ma świetlanej przyszłości, ani nawet teraźniejszość za bardzo nas nie interesuje. Najbardziej kręci nas nostalgiczne nurzanie się w przeszłości. No to proszę, oto Herdade do Rocim Amphora Branco Alentejo DOP 2015, kupaż jeszcze innych, ściśle lokalnych odmian: antão vaz, perrum, rabo de ovelha i manteúdo. Producent Fernando Pessoa z Herdade do Rocim czerpie z najlepszych tradycji tradycyjnego, ekologicznego winiarstwa. Kiedy moszcz trafi do glinianej amfory, po prostu zamyka ją, dając pole do popisu dzikim drożdżom. Po wygaśnięciu fermentacji trzyma wino na osadzie jeszcze przez 4-6 miesięcy, a potem dojrzewa je w butelce jeszcze przez kolejne dwa. Czujemy w tym winie wszystko, co lubimy w winach pomarańczowych: zadziorną grejpfrutową kwasowość,  przyprószone popiołem polne kwiaty, nuty dobrze przyprawionego wywaru warzywnego i apetyczne taniny. Niech ktoś je importuje!

Jakkolwiek saudade to odczucie nieusuwalne i kiedy raz cię dopadnie, zostaje już z tobą zawsze, tego dnia jednak udało się tę dojmującą melancholię nieco przesunąć na później. Ale cóz, degustacja minęła jak mgnienie oka, producenci i przedstawiciele winnic zwinęli swoje stoiska i wrócili nad Atlantyk. A ja znów zostałam sam na sam ze wspomnieniami i brunatnym listopadem…

Na libańskim bazarze ~ Château Musar Bekaa Valley 2006

No dobrze, nigdy nie byłam na bazarze w Libanie, ale jako Osoba Nieustannie Węsząca (ONW) wiem, jak pachnie przynajmniej część tych wszystkich wspaniałości, które mogą się na nim znaleźć. Pozwólcie więc, że zabiorę Was w winiarską podróż na Bliski Wschód.

Pierwszy raz z winami z tej bodaj najsłynniejszej libańskiej winnicy zetknęłam się kilka lat temu, chyba na jednym z moich pierwszych Grand Prix Magazynu Wino (kolejne Grand Prix już w październiku – nie może Was zabraknąć!). Tamtego dnia spróbowałam win z Château Musar, które wydały mi się zwyczajnie zwietrzałe, zmęczone i bez życia. A to zwyczajnie było moje ówczesne nieobycie z winami nieoczywistymi i z pewnością niełatwymi. Dobrze było po takim czasie spotkać się z butelką, którą w swoich podwojach ma (chyba jeszcze) Winkolekcja.

Bohater mojej opowieści ma już 11 lat, a więc należy się po nim spodziewać dojrzałych, a nawet bardzo dojrzałych nut. I oczywiście wszystkie je tu mamy. Nie ma w tym winie jednak ani krzty zwietrzałości, ani tym bardziej zmęczenia, choć co wprawniejszy nos wyczuje tak zwanego bretta. Już na wstępie w nasze nozdrza uderzają mocne aromaty wszystkiego tego, co leży na bliskowschodnim targu, stygnącym po upalnym dniu, choć właśnie dopiero teraz zaczynającym tętnić życiem. Co na nim znajdziemy? Bogactwo wszelkiego rodzaju przypraw – od ziół po przyprawy korzenne – i suszone śliwki, sułtanki, owoce leśne… a do tego stojące gdzieś obok butelki z owocowymi syropami. Nieopodal tlą się ogniska. Gdzieś właśnie rozpalane, gdzie indziej już dogasające.

W ustach na pewno wyczujemy pewną słodycz, jednak nie powiedziałabym, że to jest prostolinijna słodycz, powiedzmy, cukru resztkowego. To bogaty i wielowymiarowy smak słodkich, bardzo dojrzałych i suszonych wiśni, śliwek i fig, które przeleżały obok worków z rozmaitymi przyprawami. Tę feerię smaków podkreślają potężne taniny i równie krzepkie ciało. Człowiek rychło padłby oszołomiony na miękkie poduchy, gdyby nie przywracająca do pionu świetna kwasowość.

Z posiadłością Château Musar wiąże się dramatyczna i heroiczna historia związana z wojenną zawieruchą. Pisała o tym już 4 lata temu Paulina Przybycień na łamach Winicjatywy. Nie chcę powielać tej opowieści, a więc od siebie dodam tylko, że warunki Żyznego Półksiężyca, w których całkiem nieźle prosperuje winnica, byłyby aż nazbyt dobre dla winorośli. Jak wiadomo, aby wyprodukować wino wysokiej jakości, roślinę tę trzeba nieco „zestresować” ubogą glebą, chłodnymi nocami, a nawet odrobiną śniegu w zimie. W tym przypadku jednak stosunkowo wysokie położenie Château Musar (1000, a nawet 1500 m n. p. m.) wraz z obecnością silnie uwapnionych żwirowych i kamienistych gleb zapewniają wszystkie te warunki, a nawet umożliwiają zastosowanie organicznych metod upraw bez chemicznych wspomagaczy.  Wina osiągają tutaj niezwykłą koncentrację i, co za tym idzie, duży potencjał dojrzewania w butelce.

Kupaż grenache, cinsault i carignan powstał w wyjątkowo trudnym dla Libanu roku 2006, kiedy z powodu oblężenia kraju zbiory stały pod znakiem zapytania. Winiarze jednak nie dali za wygraną i kupaż powstał – po roku dojrzewania w beczkach z dębu francuskiego wszystkich trzech win bazowych. Wino, które miało zostać wypuszczone do sprzedaży po kolejnych siedmiu latach starzenia w butelce, długo nie chciało dojrzeć i trafiło na rynek dopiero zeszłej wiosny. I chyba warto było czekać.

La Grande Bellezza ~ 12tredici14 Cabernet Franc Vallagarina IGT

Znacie włoską apelację Vallagarina IGT? Ja jak dotąd nie próbowałam pochodzących z niej win, dlatego chętnie chwyciłam jeden z kieliszków w Kieliszkach na Próżnej. Szczególnie, że był to cabernet franc, którego uwielbiam. Szczególnie, że wino powstało metodą solera, co w północnych Włoszech jest, powiedzmy, dość nietypową praktyką.

Bo właśnie w północnych Włoszech jesteśmy, na sporym obszarze, w ramach którego znajdują się znakomite apelacje Trentino-Alto Adige i Veneto. Marzemino, teroldego czy lagrein to tylko kilka lokalnych, ale znanych i lubianych wśród winopijców odmian, z których wyrabia się tam wino. Oprócz paru innych międzynarodowych szczepów, szczęśliwie znalazło się tam też miejsce dla cabernet franc.

I w przypadku 12tredici14 jego wyjątkowość w dużej mierze tkwi w metodzie winifikacji. W systemie solera powoli miesza się kilka roczników win, które dojrzewają sobie spokojnie przez jakiś czas, aby wydobyć i poukładać wszystkie aromatyczne i smakowe komponenty. W przypadku naszego franka mamy tu zmieszane trzy roczniki – jak sama nazwa wskazuje, są to 2012, 2013 i 2014. Wynikiem tego zabiegu jest bardzo klasyczne oblicze cabernet franc, zupełnie nie kojarzące się z utlenionymi winami wytwarzanymi metodą solera. Dekadencka zwiędłość liści i suchość płatków róż zniewalająco igra z soczystymi owocami leśnymi i wiśniami, również tymi poddanymi rozmaitym obróbkom termicznym. W ustach swoista szlachetna liściastość ustępuje świeżemu owocowi, przyjemnie masującym język drobnoziarnistym taninom i świetnej kwasowości. I głębia, która być może nie byłaby tak odczuwalna, gdyby nie ten specyficzny sposób dojrzewania. 12tredici14 nie było też na szczęście potraktowane dodatkowym alkoholem. Ma ono co prawda 14 procent, jednak odczułam je jak delikatne uszczypnięcie w udo przez ukochanego mężczyznę. Sto procent jędrności, życia i czystego piękna, podrasowanego patyną szlachetnej dojrzałości.

toni_servillo_la_grande_bellezza_great-beauty-sabrina-ferill

Kadr z filmu „Wielkie Piękno”, reż. Paolo Sorrentino

Autorem tego wina jest Eugenio Rosi, który swoje dzieła wytwarza na małą skalę w okolicach miejscowości Volano na południe od Trento. Winiarz najwyraźniej nie ma ochoty na rozgłos – czy raczej w ogóle go nie potrzebuje – bo nie ma własnej strony internetowej, ma jednak fanpage. Dzięki ekscentrycznym niemal metodom winifikacji nie kłania się też regułom wyższych apelacji. Z tego powodu jego wina muszą posiadać niższą klasyfikację IGT. Ale komu to przeszkadza?

Mocarze z Prioratu ~ Degustacja w Ambasadzie Hiszpanii

Minął już miesiąc od degustacji zorganizowanej przez Hiszpańskie wina w Ambasadzie Hiszpanii. Urodzony w tym kraju, a stacjonujący w Polsce sommelier Julio César Sobrino zaprezentował nam, jak to teraz młodzież mówi, petardy. Mniejsze lub większe ale przeważnie petardy. Oto sześć z nich.

© vinicoladelpriorat.com

Vinicola del Priorat l’Obaga 2015
Pierwsze z degustowanych win, a więc relatywnie najlżejsze. Macerowany 20 dni i nie tknięty beczką kupaż garnatxy i syrah to czysta ekspresja owocu. Pierwsze skrzypce grają tu jagody, czereśnie, maliny i wiśnie w syropie z delikatnym niuansem świeżo zmielonej kawy. W ustach wino jest przestrzenne i wypełnione mocno skoncentrowanym owocem (wiśnie, czereśnie), któremu towarzyszy świetna kwasowość i niemęczące taniny. Importerze, to wino cię szuka!

© lavinia.es

Meritxell Pallejà Nita 2014
Kolejny nie dotknięty beczką kupaż – tym razem garnatxy, samsó, cabernet sauvignon i syrah. Ziemista mineralność, mokka i fiołki dominują w nosie nad owocem. W ustach odwrotnie – do głosu dochodzą dojrzałe czarne porzeczki, czereśnie i wiśnie. Do tego przydająca lekkości kwasowość, dzięki czemu mamy wino bogate, lecz pełne finezji, niczym koronkowa tkanina. Nitę kupicie w La Vinotheque.

© masdoix.com

Mas Doix Les Crestes 2015
Tu z kolei mamy kombinację garnatxy, samsó i syrah. W pierwszej kolejności wyczujemy pochodzące z 8-miesięcznego dojrzewania w beczce skorupki orzechów, do tego czarny pieprz i niuans skórzasty. Aromaty owoców leśnych mają już bardziej konfiturowy charakter. Wino jest też bardziej krągłe, dość wyraźny alkohol daje wrażenie ciepła, a na finiszu pojawia się dość wyraźniy likierowy niuans. Nie do końca to wszystko trafia w mój gust, nie można jednak temu winu odmówić świeżości i z pewnością spodoba się niejednemu miłośnikowi wina. Ono też szuka importera!

© quierovinos.com

Coca i Fitó Samsara 2014
Samsarę zna pewnie spora część fanów hiszpańskich win. W kupażu znajdują się te same szczepy, co w winie numer dwa. Dojrzewające we francuskiej beczce 12 miesięcy wino jest jak mocna kawa z leżącą obok kostką gorzkiej czekolady. Jest jednak w Samsarze też mineralna przestrzenność i soczysty owoc spod znaku czarnych porzeczek, śliwek i jagód. Butelkę kupicie w El Catador.

© catalandelights.com

Celler Burgo Porta Mas Sinén Negre 2009
I znów mamy kupaż garnatxy, samsó, cabernet sauvignon i syrah, i znów wszystko dojrzewało 12 miesięcy w dębie z Francji, jednak to wiek wina definiuje charakter. Jest ono dużo potężniejsze, niż poprzednicy. Ten mocarz pełen jest balsamicznych, korzennych i kawowych nut, a alkoholowe ciepełko lekko i przyjemnie drażni język wespół z wciąż żywymi taninami. Jest tu też dobrze zaznaczona klasyczna dla win z Prioratu ziemista mineralność i zbalansowana kwasowość, a nade wszystko nadal świeży owoc. Z taką strukturą można dać temu winu jeszcze sporo czasu. Sprowadza je Catalan Delights.

© vallllach.com

Celler Vall Llach Porrera Vi de Vila 2012
Prestiżowej winnicy Vall Llach raczej nie trzeba nikomu przedstawiać, a jeśli trzeba, to może od razu powiem, ze takiego wina warto spróbować chociaż raz w życiu. Winopijcy o zasobniejszym portfelu mogliby nawet więcej niż raz, bo mamy do czynienia z butelką z najwyższej półki. 5-letni duet samsó i garnatxy jest najbardziej eleganckim przykładem wina z Prioratu, jakie mieliśmy na degustacji, choć też najcięższym. Jest wyraźny obowiązkowy mineralny niuans i krągłość tanin, a 15,5% alkoholu dyskretnie wycofało, aby zrobić miejsce eleganckiej i nie przeładowanej treścią kompozycji apetycznych aromatów kawy z mlekiem, mocno czekoladowego brownie oraz świeżych jagód i jeżyn. Wino jest dostępne w Winkolekcji.

Różne siedliska i metody winifikacji nie spłycają win z Prioratu do jednej, książkowej definicji. Wszystkie degustowane przykłady potwierdzają jednak, że tym, co się powtarza w niemal wszystkich egzemplarzach to niepodrabialne, mniej lub bardziej wyraziste mineralne niuanse, relatywnie wysoki alkohol, wreszcie solidna porcja tanin zintegrowanych z soczystym owocem.