Myśleliście, że nikomu nie powiem, hehe.

Gdy słońce nad Warszawą już zaszło, dobiegało końca 6. Plenum Winnej Partii*, na którym padło tyle samo słów ważnych i inspirujących, co banalnych. W półmrokach antresoli wine baru Mielżyński na Burakowskiej zleciało się stado istot o nigdy nie zaspokojonym pragnieniu. W dodatku głodnych.

My. / fot. Nasz Świat Win

Formuła tego mrocznego, nieformalnego harmidru była taka, jak co roku: BYOB, czyli przynieś ze sobą ciekawą butelkę wina. Ciekawą, czyli jaką? Ano taką, która jest ciekawa dla ciebie, blogerze. Być może taką, dzięki której pochwalisz się swoim doskonałym gustem, może taką, która pokaże, jaki z ciebie hipster, a może taką, która otworzy przed kimś nowe horyzonty. Postanowiłam tym razem z nieco większą uwagą przyjrzeć się etykietom, które przynieśli ze sobą moi koledzy i koleżanki po piórze i klawiaturze.

Co pije polska blogosfera winna?

Nie było zdziwienia, że wina, które polali blogerzy winni innym blogerom winnym, były bardzo różne. Nie zarejestrowałam przy tym żadnej droższej etykiety z Winnicy Lidla, co dla wielu „miłośników wina” stanowi nie lada ciekawostkę. Głowy nie dam, ale nie zarejestrowałam też win z hipermarketów, w których podobno można znaleźć „prawdziwe sztosy” od prestiżowych producentów. Oprócz kilkunastu niezbyt odkrywczych butelek absolutny prym wiodły rzadkie wina z mniej znanych regionów, przywiezione z podróży, niedostępne w Polsce. Oczywiście nie mogło zabraknąć ani barolo, ani supertoskana – wśród polskich blogerów winnych wciąż znajdują się fani ponadczasowych klasyków. Winnych armanich i calvinów kleinów. I w sumie dobrze.

Rzeczywistość jest jednak taka, że naprawdę dobrej jakości przykłady z tych najbardziej klasycznych i najbardziej pożądanych regionów, są coraz mniej popularne wśród blogerów. A to dlatego, że są coraz gorzej dostępne, a to dlatego, że coraz rzadziej się udają ze względu na ocieplenie klimatu. Przede wszystkim jednak nie pijemy wielkich klasyków dlatego, że nas, blogerów (choć na wino jesteśmy gotowi wydać więcej niż przeciętny winopijca), na naprawdę dobre bordeaux czy burgunda po prostu nie stać.

I was też nie.

Ale nie martwcie się, bo to żaden problem. Winny świat stoi przed nami wszystkimi otworem i odkąd tanie linie lotnicze odarły szybkie i wygodne podróżowanie ze swojego luksusowego charakteru, nawet średniozaawansowany winopijca może po prostu polecieć tam, gdzie chce, pozwiedzać i przy okazji przywieźć ze sobą kilka ciekawych win kupionych za przyzwoite pieniądze.

Bo czy może być coś lepszego niż podróżowanie, poznawanie świata i picie ciekawych win? Skoro to czytasz, musisz się ze mną zgadzać.

Kim jesteś, blogerze?

Niektórzy wymagają od polskich blogerów winnych, aby byli cenowymi radarami, wertującymi oferty różnych sprzedawców i konfrontującymi je ze sobą. Wyłapującymi importerów-naciągaczy i informującymi o tych, którzy są warci rozgłosu, bo ich wina reprezentują dobrą relację ceny do jakości. Bez wątpienia tacy też są na wagę złota i niech ich radar nigdy nie przestaje czuwać. Nikt mnie jednak nie przekona, że pisanie o winach niedostępnych w Polsce mija się u nas z celem, bo cel swojego pisania ustala tylko i wyłącznie bloger. I czy ma trzepać po kilka postów dziennie na Instagramie, czy nie. Pisanie pod koniunkturę w moim przekonaniu całkowicie zaprzecza idei blogowania. Takimi (moimi ulubionymi) podróżującymi łowcami butelek są m. in. Michał, Robert, Piotrek, Robert z Martą, Wojtek, Sebastian, Mariusz, Mateusz z Justyną, Mikołaj i Magda z partnerem (napiszcie coś o sobie na blogu!). Agregaty wiedzy, humoru, inspiracji i solidnego warsztatu pisarskiego. Obecni na Insta i nieobecni.

Jaroslav Osička Acacia Cuvée 2017 / fot. Winicjatywa.pl

Częśc z wymienionych przytachała takie wina, które są u nas nie do kupienia, ale co to za problem? Pojedźcie troszkę na południe, do Czech, i zgarnijcie w okazyjnej cenie na przykład arcyciekawą Akácię Cuvée od Osički (dostępną wszak na winozmoraw.pl) czy przepyszne, żwawe cabernet sauvignon od Kočaříka. Że niby do Czech wam za daleko? Dajcie spokój, lato idzie. Koledzy przywieźli też wina z dalszych krain, jak na przykład cudownie wulkaniczne i soczyście owocowe Vino di Anna Palmentino z północnych stoków sycylijskiej Etny albo ziemiste i jednocześnie zaskakująco kwiatowe i świeże Rufián zrobione z odmiany rufete, a pochodzące z hiszpańskiej prowincji Salamanca. Każde ze wspomnianych win jest co najmniej organiczne, większość naturalna. Żadnego ściemnionego konwencjonalnego makijażu. Takich win szukam i za wybór takich win szczególnie szanuję.

Vino di Anna Palmentino / fot. Piotr Wdowiak

Naprawdę, ruszcie się. Lot do Katanii trwa nieco ponad dwie godziny i, jak się postaracie, może kosztować grosze. Z Salamanką to już trochę grubsza sprawa, ale co to było dla was, łowców nowych wrażeń.

Bodegas MicroBio Wines Rufián / fot. Nasz Świat Win

Ja z kolei przyniosłam coś, co nie wymagało podejmowania dalekich podróży, bo po prostu zjechałam z mieszkania windą w dół, podeszłam parę kroków, potem jeszcze tylko trzy schodki w dół i już byłam przy półce z winami w sklepie La Cave de Philippe de Givenchy na warszawskiej Wilczej. Kupiłam tam gamay, to samo, z którego robi się beaujolais. Banał, powiecie. Otóż nie. Ciekawostkowość tego wina od Domaine Lattard polega na tym, że nie pochodzi ono ze słynnego podburgundzkiego regionu, ale z pogranicza północnej i południowej części Doliny Rodanu. Gamay w takim miejscu? – powiecie. A no własnie. Zadziorne i czyste, z solidnym podbiciem i pełne polotu. I tak perfekcyjnie zgrało się z risotto z kaczką, że nie wiem, czy w samym Mielżyńskim znajdzie się gamay, które będzie równie doskonale pasować do potrawy zaserwowanej przez załogę tego wine baru. Tak, Panie Robercie, to jest wyzwanie, które Panu rzucam. Nazwijmy je roboczo #GamayChallenge.

Domaine Lattard Gamay 2017
Domaine Lattard Gamay 2017 / fot. Nasz Świat Win

Pod koniec imprezy z radością zauważyłam na dnie butelki porcję mojego „rodańskiego” gamay. Wciąż kipiało czystą radością.

Czyli co, jednak nie jest tak źle u tych blagierów blogerów, no nie? Ano nie jest, ale to, co pijecie, drodzy koledzy i koleżanki, w nieprzeniknionych mrokach prywaty mieszkań, wciąż jest waszą mroczną, (pół)słodką tajemnicą ;)

A to, jakie słowa padły podczas Plenum, zwłaszcza wieczorem, niech pozostanie w naszym hermetycznym półświatku. Jak mówią: „what’s on backstage, stays on backstage”.

P. S. Ja wszystko podtrzymuję i niczego nie cofam.

 

 

*Doroczny zlot blogerów winiarskich, na którym rozmawiamy o gramatyce, składni, zasięgach, klikach i barterach.

Reklamy