Jak to jest z tymi winami z drugiego końca świata? ~ Old Man Creek Shiraz South Eastern Australia 2012 z Marks&Spencer

„Shiraz z południowo-wschodniej Australii nie może być zły” – pomyślałam sobie jakiś czas temu, sięgając po tę pozytywnie pomarańczową butelkę w M&S. I faktycznie, to nie jest złe, ale ostatnie degustacje, w których miałam <dziką> przyjemność uczestniczyć, podniosły poziom moich oczekiwań wobec młodych win.

Old Man Creek Shiraz South Eastern Australia 2012

Old Man Creek Shiraz South Eastern Australia 2012

Krwista, przejrzysta czerwień zapowiadała lekkie i nieskomplikowane ciało. Bukiet okazał się bardzo żywy i przyjemny i stwierdziłam, że tak powinien pachnieć shiraz. Pojawiła się więc intensywna czereśnia, czarna i czerwona porzeczka, jagoda, a nawet eukaliptus, lukrecja i inne zioła. Smak pozostawiał już więcej do życzenia i to spodziewane lekkie i nieskomplikowane ciało okazało się wręcz anorektyczne. Mamy tu lekki słodkawy dżemik praktycznie nie muśnięty taninami, z umiarkowaną kwasowością. 13% alkoholu skrzętnie ukryte, co się chwali. Natomiast finisz, oprócz delikatnej, lukrecjowej goryczki, okazał się zupełnie krótki. Jeśli w ogóle o jakimś finiszu można mówić.

Kiedy dopiero w domu przyjrzałam się gęsto zadrukowanej kontretykiecie, zauważyłam, że wino zabutelkowano dopiero w Niemczech przez firmę Reh Kendermann, tę od marki Black Tower. Trzeba przyznać, że stosując taką bezpieczną metodę importu wina z drugiego końca świata nie ma co się nastawiać na fajerwerki. Znikło więc całe moje zdziwienie średniością tego shiraza. Ale może nie mam racji? Może to po prostu kwestia produkcji? Rocznika?

Podsumowując, mimo wszystko nie przekreślałabym tego shiraza jako codziennego wina do lekkiego obiadu ze względu na jego przyjemny, owocowo-ziołowy charakter. Natomiast jego zdecydowaną wadą są zbyt słabe taniny i cena nieco powyżej 20zł [edit: 25,58!]. Chociaż dla niektórych zapewne jeszcze do przełknięcia.

Oczy: przejrzyste, czerwone,

Nos: czereśnie, czarne porzeczki, czerwone porzeczki, jagody, eukaliptus, lukrecja, zioła

Usta: delikatny, słodkawy dżem z czerwonych owoców, bardzo słabe taniny, umiarkowana kwasowość, brak finiszu

Ogólna ocena: 3/5

Reklamy

Cztery twarze beaujolais ~ Kobiety i Wino w Galerii Freta 22.11.2013

Beaujolais miewa różne oblicza. Jeśli któremukolwiek z Czytelników wydawało się dotychczas, że ten burgundzki młodzieniec to wyłącznie mniejszy lub większy kwasior o płaskim smaku owocowej gumy balonowej i bananów, to śpieszę donieść, że rzeczywistość okazuje się nie aż tak jednowymiarowa.  A przynajmniej w tym roku. Miałam szansę przekonać się o tym na degustacji tegorocznych beaujolais nouveau, zorganizowanej przez Stowarzyszenie Kobiety i Wino, która odbyła się w zeszły czwartek w klimatycznych wnętrzach Galerii Freta w Warszawie.

Na początek chciałabym pięknie podziękować obydwu Monikom, Basi Lejkowskiej, Ewie Relidzyńskiej i wszystkim Paniom, które maczały palce w organizacji tego spotkania. Było smakowicie, różnorodnie i  pouczająco. A przede wszystkim bardzo miło!

Co do samej degustacji. Zanim otwarto pierwsze beaujolais, jako aperitif popijałyśmy pyszne, rześkie i pobudzające ślinianki Furlan Conegliano Valdobbiadene Prosecco Superiore DOCG przyniesione przez Basię z jej krakowskiej winiarnio-restauracji Vintage. Po kilku słowach powitania i wprowadzenia w temat Monika Bielka-Vescovi zaleciła kelnerom rozlać do kieliszków polskie tegoroczne Świętomarcińskie Rondo z Winnicy Srebrna Góra – takie polskie beaujolais. W kieliszku piękne, nieprzejrzyste i prawie fioletowe, intensywnie pachniało śliwkami, malinami i – charakterystycznymi dla odmiany rondo – świeżymi burakami. Przez te aromaty przebijał też alkohol, ale zrównoważył to delikatny smak czerwonych owoców, śliwek i jagód, lekkość i prawie całkowity brak tanin, co niektórym z Pań nie przypadło do gustu. Do tego raczej krótki finisz, przez co najlepiej pić to wino do jakiegoś prostego, ale treściwego dania. Oczywiście polskiego!

Świętoimarcińskie Srebrna Góra Kraków 2013

Wino Świętomarcińskie Srebrna Góra 2013

Pogryzając przekąski zabrałyśmy się za stereotypowy wręcz przykład beaujolais nouveau. Było nim wino z winnicy Bouchard Pere & Fils. Za dużo nie dało się o nim powiedzieć. Rubinowe i przejrzyste zapowiadało lekkie ciało. I faktycznie:  zarówno wśród aromatów, jak i smaków znalazły się banany, były też truskawki i oczywiście guma do żucia. Taniny raczej znikome. Ciekawa okazała się jedynie delikatna metaliczność, jaką wyczułam na języku.

Moim (i nie tylko moim) zdecydowanym faworytem było ciemnorubinowy gamay autorstwa Josepha Drouhina – drugie z czterech próbowanych przez nas beaujolais nouveau. Znalazłam w nim zarówno radosne aromaty landrynek, bananów i gumy do żucia, ale też nuty korzenne, które uwielbiam. Na języku intensywne czereśnie, delikatna kwasowość i subtelnie, ale wyraźnie zaznaczona obecność tanin. Monika Bielka-Vescovi wysnuła przypuszczenie, że ta wersja beaujolais ma szansę najbardziej przemówić do polskich konsumentów. I cóż, mi spodobała się najbardziej, chociaż 30-parę złotych nadal dla ogromnej części Polaków nie jest zbytnio atrakcyjna. Mimo to dla kogoś, kto chce poszerzać swoje winne horyzonty taka cena jest raczej do przełknięcia.

Beaujolais Nouveau AOC Joseph Drouhin Primeur

Beaujolais Nouveau Joseph Drouhin Primeur AOC 2013

Jako numer trzy spróbowałyśmy Terres Dorees Cuvée Première 2013 Jeana Paula Bruna. Było to jedyne spośród wszystkim degustowanych przez nas beaujolais, do którego produkcji nie użyto holenderskich drożdży hodowanych na pomidorach. To właśnie tym drożdżom zawdzięczamy charakterystyczne dla beaujolais aromaty bananów i gumy balonowej. W tym cuvée tego rodzaju dodatku zabrakło, a więc na intensywnie rubinowym kolorze jego podobieństwo do reszty próbowanych tamtego wieczora win się kończyło. Nos co prawda lekko owocowy, ale brakowało w nim tych charakterystycznych słodkich bananów. Dało się za to wyczuć wyraźne nuty mineralne. Do tego najintensywniejsze taniny i najwyższy poziom kwasowości wśród wszystkich degustowanych beaujolais. Określiłabym to wino jako „surowe”. Zyskało najmniejsze uznanie wśród Pań, ale kilka z nich (między innym Ewa Relidzyńska) uznało je za swojego faworyta.

Czwartym i ostatnim młodocianym gamayem był produkt Alberta Bichota z podregionu Villages, leżącego w środkowej części Beaujolais. Mamy więc tutaj do czynienia z oczkiem wyżej w hierarchii win z tego regionu, ponieważ wszystkich poprzednie degustowane przez nas gamaye pochodziły z najbardziej na południe wysuniętego podregionu, gdzie wytwarza się najprostsze i najtańsze beaujolais nouveau. To z Villages było – podobnie jak większość kuzynów – ciemnorubinowe, a wśród aromatów przeważały delikatne czerwone owoce i banany. W ustach umiarkowana kwasowość, którą łagodziły dodatkowo smaki malin, truskawek i jagód.

Od lewej wszyscy bohaterowie czwartkowej degustacji:

Bohaterowie czwartkowej degustacji

Beaujolais-Villages Alberta Bichota piłam też w domu do swojskich pierogów z mięsem wołowo-indyczym (sama lepiłam!) i potwierdziło się zdanie Moniki Bielki-Vescovi, że beaujolais nouveau dobrze zgra się z polskimi potrawami. Jednak uwaga na połączenie tego i innych, co bardziej kwasowych beaujolais z – przykładowo – kapustą, bo kwasy zawarte i tu, i tu spotęgują się nawzajem. Przekonałyśmy się o tym podczas degustacji, zagryzając to beaujolais pierogami z kapustą i grzybami. Do reszty treściwych i tłustawych polskich potraw beaujolais będzie pasowało znakomicie.

Na koniec spotkania otwarto jeszcze dwa niezwykle przyjemne białe wina. Pierwszym z nich był miodowo-kwiatowy półsłodki Weingut Gebrüder Ludwig Riesling Kabinett 2012. Drugie to ciasteczkowy, a jednocześnie cytrusowy i rześki Muscadet-Sèvre et Maine sur Lie AOC z Domaine de l’Alouette. Przywiozła je ze sobą Ewa Pariselle z Winnic Loary. Przypomniały mi się ostatnie w moim życiu wakacje.

Parę słów podsumowania. Podczas czwartkowego spotkania padło stwierdzenie, że beaujolais ma szansę na sukces na polskim rynku, ponieważ jest w stanie wstrzelić się w gusta Polaków, lubiących intensywnie owocowe i umiarkowanie kwasowe wina. Możliwe, że jest w tym trochę racji, bo właśnie popijając beaujolais do pierogów P., nie będący wielkim amatorem tego trunku oznajmił: „Niech żyje wino!” Jeśli mamy krzewić kulturę picia napoju bogów w naszym wódczanym narodzie, to dlaczego nie wspomóc się właśnie beaujolais?

Wspomnienie końca lata ~ Vino Dalibor Sauvignon výběr z hroznů 2011 Vinařství u Kapličky

Tym razem zanurkowałam między butelki z winami, które przywiozłam z Czech. Padło na półsłodkiego reprezentanta szacownego grona stu najlepszych win 2013 roku w tym kraju, umieszczonych w Salonie Win Republiki Czeskiej. Postanowiłam je pić do jednego białoruskiego wynalazku, jaki przyniósł mi P., ale o którym nie warto się długo rozwodzić. Białoruski „roquefort” smakował praktycznie jak nasz popularny lazur. Niemniej, połączenie było całkiem udane. Słodycz sauvignona dobrze zagrała ze słonawo-gorzkawym pleśniakiem.

Vino Dalibor w zupełnie ciemnej butelce to przedstawiciel morawskiego podregionu Velkopavlovická, gdzie gleby są bogate w wapń, margle, piaskowce i zlepieńce. To właśnie tutaj znajduje się serce upraw czerwonych odmian winogron, nie brakuje jednak również białych, dających – dzięki kombinacji warunków glebowych i klimatycznych – bardzo aromatyczne wina, o czym sama się przekonałam w Salonie Win i ponownie – w zaciszu własnego mieszkania. Jeśli zaś chodzi o metodę selekcji winogron na to wino – výběr z hroznů – to chodzi w niej o to, że zastosowano wyselekcjonowane grona o zawartości przynajmniej 23 kg fermentowalnych cukrów na 100 litrów moszczu. Efekt końcowy to przynajmniej 9,5% alkoholu w gotowym produkcie. Wina tego typu odpowiadają niemieckim predykatowym Auslese.

Sauvignon o pięknym, jasnozłotym kolorze pachniało przebogato. Tańczyły mi się w nozdrzach dojrzałe winogrona, czarny bez, miód i lipa w towarzystwie świeżego agrestu. Smak tego wina przypominał trochę tokaje, ale nie jestem pewna, jaki konkretnie szczep.  W każdym razie miodowa słodycz idealnie współgrała z lekką, rześką kwasowością i delikatną pikantnością. Do tego ciekawy smak białej porzeczki i długi finisz. Efekt był taki, że wino świetnie piło się solo. P. bardzo smakowało do keksa na deser, mi z resztą też.

DSC_0027

Vino Dalibor Sauvignon výběr z hroznů 2011 Vinařství u Kapličky

Sprawdziłam – wino niestety nie jest dostępne w Polsce, niemniej istnieje wersja strony producenta, która jest całkiem przyjazna dla Polaków, co zachęca do wybrania się do Velkopavlovickéj.  Z kolei czeskojęzyczna wersja zawiera sklep internetowy.

Oczy: jasnozłote

Nos: dojrzałe winogrona, miód, czarny bez, lipa, agrest

Usta: miód, biała porzeczka, lekka kwasowość, lekko pikantne

Ogólna ocena: 5/5

Następna notka będzie poświęcona bardzo udanej degustacji, która odbyła się w towarzystwie Pań ze stowarzyszenia Kobiety i Wino w warszawskiej Galerii Freta. Świętowałyśmy 21. listopada – dzień wypuszczenia w świat beaujolais nuveau. Guma balonowa przewijała się w co poniektórych kieliszkach, ale niekoniecznie w kiczowaty sposób. Według mnie było różnorodnie, a więc pięknie, o czym już niebawem.

Nie narzekajmy! ~ Valtier Reserva Utiel-Requena D. O. P. 2007 z Biedronki

Już kiedyś piłam to biedronkowe „wino w kabaretce”, ale był to inny rocznik, który zupełnie mi wtedy nie smakował ze względu na nieznośną kartonowość, która nie znikała nawet w towarzystwie solidnych canelloni z wieprzowiną w sosie pomidorowym. Pamiętam, bo potrawa w wykonaniu A. była obłędna. Tym razem ten kupaż szczepów tempranillo i bobal nalano mi na rodzinnym obiedzie do pieczonej kaczki. Trochę się wystraszyłam, ale wrażenia były zgoła odmienne.

Valtier Reserva Utiel-Requena D. O. P. 2007

Valtier Reserva Utiel-Requena D. O. P. 2007

Wino już całkiem „stare”, ale nadal nieprzejrzyste ze względu na obecność intensywnie barwiącego bobala. Szczep ten stanowi 75% upraw w hiszpańskim regionie Utiel-Requena, charakteryzującym się wysoce przepuszczalną wapienną glebą. Co prawda można by się spodziewać, że na charakter przemysłowo produkowanego, taniego wina w największym stopniu ma wpływ technologia jego wytwarzania, jednak niewykluczone, że dzięki takiemu, a nie innemu rodzajowi gleb mamy do czynienia z w miarę zrównoważonym, po prostu smacznym trunkiem.

Wino pachniało śliwkami i czerwonymi owocami – wyczułam wiśnie i maliny. W zapachu nieco za mocno przebijał również alkohol, co było w zasadzie jedynym mankamentem. Smak już mniej owocowy, bo pierwszoplanową rolę odegrały potężne, beczkowe taniny i przyjemna „pikantność”, a dopiero potem odezwały się jeżyny, jagody i wiśnie. Oczywiście nie pijemy Valtiera solo. No, chyba, że ktoś lubi katować język taninami jak w mocnej, zimnej herbacie, czy soku z aronii. Jak już wspomniałam, podano mi je do lekko przyprawionej pieczonej kaczki. I mam wrażenie, że z tego typu tłustymi potrawami Valtier będzie smakował najlepiej. Mocna wytrawność i fajne owoce idealnie dopasowały się do rozpływającego się w ustach mięsa.

Na wino w takiej cenie nie ma co narzekać – podajmy je do treściwego, ale niezbyt mocno przyprawionego posiłku i będzie naprawdę smacznie.

Oczy: ciemne, nieprzejrzyste

Nos: śliwki, wiśnie, maliny, alkohol

Usta: taniny, beczka, „pikantne”, jeżyny, jagody, wiśnie

Ogólna ocena: 5/5

Potrzebuję nowego aparatu fotograficznego ~ ENOEXPO 2013

Do powyższego wniosku doszłam przeglądając zdjęcia, które zrobiłam zarówno uczestnikom, jak i winom tegorocznego ENOEXPO. Jednak ta notka absolutnie nie będzie zdominowana tematem braku sprzętu fotograficznego, o to proszę się nie bać.

Wielu już napisało o tych targach w Krakowie, a szczególnie zadowoleni laureaci konkursu na winiarskiego bloga roku organizowanego przez magazyn Czas Wina, którym jeszcze raz serdecznie gratuluję i proszę o więcej, jak to się brzydko mówi, „kontentu”. Takoż i ja dołączę swoje skromne trzy grosze, starając się nie powielać tego, co już zostało napisane. Moje grosze są o tyle skromne, że pojechałam do Krakowa jako kompletny nuworysz. Niemniej, ograniczona czasem, miałam okazję spróbować kilku naprawdę wyjątkowych win i poznać wiele wyjątkowych osób. Ale po kolei.

Pierwszym punktem programu było rozdanie nagród we wspomnianym konkursie, które poprzedziły krótkie przemowy członków jury ubolewających nad rosnącym z roku na rok poziomem blogów poświęconych tematyce win, które to zjawisko wymusza na winiarskich wydawnictwach prasowych tym bardziej wytężoną pracę nad atrakcyjnością swojej zawartości. Nie czułam się bezpośrednią adresatką tych pochwał, ale mam nadzieję, że za rok mój blog rozwinie się na tyle, że moje amatorskie zakompleksienie zmaleje choć odrobinę.

Laureaci konkursu na winiarski blog roku wraz z szacownym jury

Laureaci konkursu na winiarski blog roku wraz z szacownym jury

Po ogłoszeniu wyników konkursu i rozdaniu nagród pan Michał Bardel urządził nam krótką, acz intensywną komentowaną degustację „Rara Vitis”. Piliśmy (i z żalem wypluwaliśmy…) wina zrobione z rzadko spotykanych szczepów i z każdą kolejną lampką pojawiało się w moim życiu nowe, ekscytujące odkrycie, które zapamiętam na długo. Już dawno nie piłam tak ciekawych, złożonych i ekstraktywnych win, szczególnie tych czerwonych. Moja uwaga skupiła się właśnie na nich, być może z powodu mojej raczej ubogiej, jak sądzę, pamięci do zapachów, którymi buchały z kieliszka białe wina, które wtedy degustowaliśmy. Zresztą, długo nie mogłam dojść, co wyczuwałam w czerwonych, bo były to aromaty zupełnie niecodzienne i absolutnie zniewalające.

Michał Bardel czuwa nad perfekcją podania

Michał Bardel czuwa nad perfekcją podania

Główni bohaterowie degustacji

Główni bohaterowie degustacji „Rara Vitis”

Pierwszym z degustowanych unikatów było białe chasselas ze Szwajcarii, które pieściło nos delikatnymi, trochę niedojrzałymi brzoskwiniami i jabłkami, a język mineralnością i lekkim owocem. Numerem dwa było – znów białe i również ze Szwajcarii – petite arvine, podobne w zapachu do furminta, ale w smaku całkiem inne, bo łączące w zaskakujący sposób rabarbar z cytrusową słodyczą, rześkość z lekką goryczką. Trzeci w kolejce był czerwony cabernet cubin z Palatynatu, czyli potomek cabernet sauvignon i blaufrankisch. Zupełnie nieprzejrzyste, ciemborubinowe zawierało dużo żywego, bogatego ekstraktu z porzeczkową podstawą. Czwarta, hiszpańska czerwona mencia okazała się moim faworytem. Niemal fioletowa i tak samo nieprzejrzysta jak poprzednik, czarowała fiołkowym aromatem z nutą beczki i idealną równowagą owocowej słodyczy i kwasowości. Degustację skończyliśmy czerwonym petit verdot, także z Hiszpanii, którego miodowo-drewniano-leśnoowocowe zapachy zrównoważone masywnymi taninami zniechęciły nas do odejścia od stołu. Niestety trzeba było kończyć i dać nura między stoiska producentów i importerów win niemal z całego świata, a czas uciekał.

Z bólem serca wylewaliśmy

Z bólem serca wylewaliśmy

Miałam sprecyzowane cele – przede wszystkim chciałam spróbować jakiegoś wina z Polski. Moją uwagę zwrócił zeszłoroczny regent z lubuskiej Winnicy Saint Vincent. Bogaty, beczkowo-czarnoowocowy bukiet poparty intensywnym smakiem owoców leśnych i śliwek i wreszcie przemiła słodycz z dodatkiem aksamitnych tanin. Od tamtego momentu postanowiłam uważnie śledzić poczynania polskich winiarzy, bo jeśli chodzi o jakość czerwonych win, spodziewałam się wykręcającej twarz kwasowości. Tymczasem spotkało mnie spore i bardzo miłe zaskoczenie.

Duma lubuskich winiarzy z moim ulubionym regentem po prawej

Duma lubuskich winiarzy z moim ulubionym regentem po prawej

Zaglądnęłam też między innymi na stoisko gruzińskie, gdzie absolutne urzekło mnie saperavi z 2011 roku wyprodukowane przez winnicę Schuchmann. Napis na etykiecie głosił: „wytrawne” i faktycznie – pomimo nieco zmylającej owocowej słodyczy, na finiszu dało się wyraźnie wyczuć  charakterne taniny. O aromacie nie powiem nic, bo był dla mnie zniewalającą zagadką, którą chciałabym rozwiązać, jak tylko ta butelka jeszcze raz znajdzie się w moich rękach. Świetnie, że to wino jest dostępne w Polsce!

Gruziński hicior

Gruziński hicior

Większość win, które najbardziej mi smakowały kosztowały co najmniej 60 zł, może z wyjątkiem gruzińskiego saperavi. Tak więc mimo, że pragnęlibyśmy często i długo delektować się wszystkimi tymi wybornymi trunkami, dla większości winopijców pozostaną one winami odświętnymi. Niemniej gorąco zachęcam do takiej inwestycji, na przykład w butelkę białego czy czerwonego wina made in Poland. A najlepiej w obydwie. Na najbliższe święta zdecydowanie warto je postawić na stół zamiast bezrefleksyjnego kupowania „na pamięć” sprawdzonych, uniwersalnych win z supermarketu.

Podsumowując – spędziłam krótkie, ale bardzo treściwe trzy godziny. Dziękuję i gratuluję organizatorom. Mam nadzieję, że uda mi się wrócić na ENOEXPO za rok. I trzymam kciuki za polskich winiarzy!

Raz inaczej ~ Jägermeister

W ostatnim czasie nie nadarzyła się okazja do spróbowania jakiegoś wina – stąd mała posucha w moich raportach, którą jak najszybciej postaram się ożywić jakąś butelką. Ale powiem wam, że wczoraj pojawił się jeden mocny akcent w tym interludium. Mianowicie, na rodzinnym spotkaniu poczęstowano mnie 35-procentowym Jägermeisterem. I mnie oświeciło.

Generalnie nie piję mocnych alkoholi, bo mój organizm nie za dobrze je znosi – zarówno tego samego, jak i następnego dnia. Gdybym przestrzegała zasady „1 kieliszek + 1 szklanka wody”, to prawdopodobnie wszystko byłoby w porządku. Ale przyznajcie sami – mało kto stosuje się do tego zalecEnia.

Jägermeister. Likier, który zapewne ma wielu fanów, więc osoby „kumate” zakończą czytanie tej notki właśnie w tym miejscu. Natomiast osobom nie zaznajomionym z tą delicja powiem skrótowo, że przyszła na świat w latach 30. ubiegłego wieku. Charakterystyczna butelka z tamtej epoki zupełnie nie zmieniła się przez lata.

Jägermeister - jedyny jak dotąd mocny trunek, który naprawdę mi smakuje.

Jägermeister – jedyny jak dotąd mocny trunek który naprawdę mi smakuje.

Likier składa się z 56 ziół, poddanych kilkunastomiesięcznej maceracji w spirytusie i leżankowaniu w dębowych beczkach. Na koniec dodaje się karmel, który – jak się przekonałam – bardzo łagodzi odbiór tego trunku. Oczywiście pełen ziołowo-przyprawowo-owocowy skład jest tajemnicą producenta, jednak wyraźnie wyczuwalne i wymieniane w ogólnodostępnych źródłach rośliny to na przykład: imbir, gałka muszkatołowa, bazylia, cynamon, pietruszka, tymianek, rumianek, borówka, drzewo sandałowe, rozmaryn czy szafran. Obłęd.

Butelka 0,7 l kosztuje około 65 -70 zł, jednak Jägermeistera pije się raczej powoli – nie po całym kieliszku, jak wódkę. Z tego względu może to być inwestycja na stosunkowo długi czas. Oczywiście stosunkowo. W każdym razie, jako kompletna nie-amatorka wszelkich wódek i likierów – polecam bardzo. Nie jest to przesłodzony, gęsty „damski” likier, bo ma charakter, który w moim odczuciu zbliża go bardziej do smakowej wódki. Jednak wszędzie figuruje jako likier, a więc tej nomenklatury się trzymajmy. O tyle warto sprawić sobie ten trunek, że – w rozsądnych ilościach –  Jägermeister to skuteczne remedium na ciężkość żołądka po obfitym posiłku. Przy świętach jak znalazł.