Wino na obiad, wino-obiad ~ Domaine Lattard Roussanne 2016 z La Cave de Philippe de Givenchy

Nie mogę przestać myśleć o jedzeniu. Być może dlatego, że w myśl zasady: „Nowy Rok – nowa ja”, narzuciłam sobie pewne kulinarne ograniczenia, których może będę się  trzymać przez jakiś czas. Jednak co do jednej rzeczy jestem w pełni przekonana – nie warto, a nawet nie można całkowicie rezygnować ze smakowitości, które przynoszą nam czystą radość.

W poprzednim odcinku pisałam o przepysznym szampanie. Raczej nie powinien być on substytutem pełnowartościowego śniadania, ale jego złożone aromaty i bogaty smak niejednemu może kojarzyć się z tym posiłkiem. Ale ani się obejrzeliśmy, a już obiad – podano do stołu!

A podano Roussanne z roku 2016 od Domaine Lattard – małej winniarni znajdującej się w niewielkiej miejscowości Autichamp około 80 kilometrów na południe od Lyonu. Jesteśmy więc na lewym brzegu północnej części Doliny Rodanu. Jak wiele win dostępnych w La Cave de Philippe de Givenchy, to wino nie figuruje jednak pod żadną apelacją, bo ani nie musi, ani nie chce. Jest to po prostu vin de France. I, jak wiele win z jaskini Philippe’a, również i to nie ma dodanych siarczynów… bo zdecydowanie nie chce i nie musi. Uprawy i winifikacja w Domaine Lattard są maksymalnie naturalne, co pozwoliło owocom roussanne w pełni dojść do głosu.

Szczep roussanne zwykle daje wina krągłe i jedwabiste o raczej niskiej kwasowości, co w wielu przypadkach skutkuje doznaniami jednowymiarowymi niczym poglądy Towarzystwa Płaskiej Ziemi. Jednak roussanne dobrze potraktowane przez winiarza jest naprawdę bogate i doskonale zrównoważone, czego przykładem jako żywo jest to wino. Nie było niefiltrowane, pozostało więc nieco mętne i ma piękny, niemal pomarańczowy kolor. Kiedy je spróbowałam, przypomniały mi się leniwe letnie popołudnia na wsi, kiedy upał zaczyna powoli stygnąć i dopiero wtedy zaczyna się odczuwać głód. Wtedy obiad pojawia się w samą porę. Na początku wyczułam wyraźny aromat bardzo porządnego rosołu z kury gotowanego z liściem laurowym i ziołami prowansalskimi. Po zupce następuje lekki deserek w postaci nieco przejrzałych pigw i jabłek pałaszowanych przed domem, wśród oszałamiających aromatów polnych kwiatów.

Byle do lata!

Od tego samego producenta Phillippe ma też wyśmienitego, bogatego  viogniera, który oprócz soczystości i naturalistycznej zadziory ma w sobie naprawdę dużo polotu, sporo charakterystycznych zielonych nut i mnóstwo owocu. Bon appétit!

Reklamy

Szampan na śniadanie, szampan-śniadanie ~ Champagne Vouette et Sorbée Fidèle Extra Brut

Każdy człowiek powinien mieć prawo do kieliszka szampana przynajmniej raz dziennie.

Na przykład na śniadanie. Choć, w myśl zasady, że szampan jest dobry na każdą okazję – nie warto się w tej kwestii ograniczać – zdecydowanie rekomenduję dawkowanie sobie różnych ekspresji tych win na różne okazje, o różnych porach dnia. Czego sobie i Państwu życzę.

Jeżeli interesuje Was terroir, w którym powstał ten szampan (a powinno), to jest obo bardzo istotne – począwszy od rodzaju gleb, poprzez biologiczny charakter upraw i skończywszy na winifikacji bez chemicznych dopalaczy. Efektem kombinacji wszystkich tych czynników jest charakter szampana Fidèle, który zaintryguje niejednego amatora bąbli. A więc co z tymi glebami? 5-hektarowe siedlisko Domaine de Vouette & Sorbée Bertranda Gautherota leży 60 kilometrów na północny wschód od Chablis i to właśnie do tej apelacji jest mu bliżej, niż do Doliny Marny. Na portlandzkich wapieniach leżą tu pełne prastarych skamielin gleby kimerydzkie, zupełnie jak w Chablis. Na tym jednak kończą się podobieństwa z tym regionem, słynącym z wytrawnych, wspaniale mineralnych chardonnay. Pomimo geograficznych podobieństw, inny jest szczep – mamy tu 100% pinot noir. No i jesteśmy jednak w Szampanii, a skoro Szampania, to mus, że musujące. Ale jakie!

Kolor Fidèle kojarzy się ze złoto-pomarańczowym blaskiem wschodzącego słońca w lecie, a żwawe bąbelki grzecznie ustawiają się w równe sznury, jak przedszkolaki na spacerze. I potem urocze śniadanie – dobrze wypieczona maślana bułeczka z konfiturą z mirabelki, obok talerz świeżych, dojrzałych moreli. Gdzieś tam w tle aromatów majaczy delikatna nutka oksydacji, zdradzająca naturalistyczne podejście do produkcji wina.

W ustach brniemy dalej w aromaty śniadania mistrzów, w skład którego wchodzą znów morele i mirabelki w towarzystwie brioszki. Za chwile jednak na stół (albo do łóżka) wjeżdża smażone jajko i aromatyczny ser na grzance. Drobniutkie bąbelki dają poczucie pełni w ustach i jednocześnie wzmagają apetyt na jeszcze. Bogactwo tej hedonistycznej uczty precyzyjnie spina wytrawność i rześkość odświeżająca jak poranne powietrze w górach oraz delikatnie aspirynowy finisz.

Mmmm… :)

Szampana importuje Winoblisko, a ja kupiłam je za ciężkie 240 zł w promocji w warszawskich Dyletantach. Zaręczam, że w odróżnieniu od wielu szampanów dostępnych na rynku, warto chociaż raz się nim podelektować, na przykład w noworoczny poranek :)

Wina na Święta i po Świętach ~ Przegląd win Michele Biancardi

Jest duża szansa, że niektóre z win Michele Biancardi być może akurat podeszłyby pod śledzika, karpika, pierożki czy bożonarodzeniową pieczeń. Sprawdźcie, jeżeli zostało jeszcze Wam coś ze świątecznego stołu. Ale puśćcie sobie do któregoś z tych win chorały gregoriańskie – być może dopiero wtedy stanie się cud.

Skąd pomysł na chorały gregoriańskie? Zupełnie nie chodzi mi o to, że struktura i finezja win Biancardi przypominają tkane subtelną nicią średniowieczne śpiewy, choć może to jest dobry trop. Nawet pomysł z wpleceniem chorałów do tej notki nie wyszedł z mojej głowy. To twórca tych apulijskich win pomyślał, że połączy jedno z drugim na etapie ich dojrzewania. W myśl teorii, że różne gatunki muzyki wpływają w określony sposób na strukturę, a więc i jakość wody, Michele postanowił puszczać swoim zamkniętym w beczkach i amforach winom w piwnicy właśnie chorały gregoriańskie. Nie upieram się w kwestii prawdziwości tej hydrozofii, nie to jest tu najważniejsze. Natomiast faktem jest, że warto pochylić się nad wszystkimi dostępnymi w Polsce winami Biancardi, z których jak dotąd poznałam pyszne Insolito z bardzo ciekawego lokalnego szczepu minutolo oraz kupaż primitivo i nero di Troia, Uno Più Uno.

 

 

 

Oprócz bieżących roczników wspomnianych dwóch, zdecydowanie warte uwagi są mineralne i cieliste Solo Fiano, złożone i pełne polotu Anima di Nero 2014 i Ponte Viro 2015, jedno z najlepiej zrobionych primitivo dostępnych w Polsce. Michele wraz z Piotrkiem Chełchowskim z Kropli Wina (importerem tych win), zaprezentował nam też zrobione z nero di Troia Milleceppi 2014 i to właśnie jemu chcę poświęcić więcej miejsca.

Przychodzi mi do głowy być może trochę karkołomna kombinacja metafor. To wino z jednej strony jest poukładane i harmonijne jak wspomniane chorały gregoriańskie, a z drugiej – do pewnego stopnia oddaje klimat chaotycznych i dzikich czasów, w których powstała ta pełna finezji i mistyki muzyka. Jakby odśpiewano Garnatuę i Pantagruela właśnie na modłę gregoriańską. Sacrum i profanum idą ręka w rękę i doskonale czują się we własnym towarzystwie. A więc forma jak najbardziej harmonijna – a treść?

Przypomina barda przechadzającego się ciasnymi uliczkami miasta i dzierżącego gliniany bukłak z resztkami nalewki czereśniowej, który jeszcze przed chwilą był w ramionach pachnącej kwiatami młodej dziewki. Przejęty głodem po intensywnej nocy wstępuje do pełnego aromatów ziół wyszynku, aby nabrać sił przed kolejną przygodą. Kojarzycie może Jaskra?

Ale uwierzcie mi, w tym winie nie ma żadnych dysonansów. Powstało z owoców nero di Troia podsuszanych na krzewach przez 2-4 tygodnie, które następnie trafiły nie od razu do amfory, ale do stalowych kadzi, gdzie spontanicznie zafermentowały na dzikich drożdżach. Dopiero potem przyszedł czas na błogie 8 miesięcy dojrzewania w glinianych zbiornikach z chorałami gregoriańskimi w tle. Potem jeszcze 3 miesiące aklimatyzacji w butelce i wreszcie wino trafia do sprzedaży. Jak widać, na żadnym etapie produkcji Milleceppi (jak wszystkich win Michele) nie było przypadku, a efekt jest taki, że można z nim spędzić dłuższą chwilę, wczuwając się w jego opowieść i pogryzając świąteczne, poświąteczne i te zupełnie codzienne smakowitości.

Wina Michele Biancardi pochodzą z krzewów rosnących na wapiennych glebach, pełnych leżących tam od milionów lat skamieniałych muszli i wygładzonych przez pradawne wody otoczaków. Michele z jednego krzewu uzyskuje 1-2 butelki, a więc win nie powstaje zbyt wiele. Mamy szczęście, że przynajmniej część z nich trafiła do Polski.

Côt, Bambi i cesarz ~ Clos Triguedina Probus 2007

Do napisania tego tekstu (oprócz samego wina rzecz jasna) zainspirował mnie facebookowy post pewnej restauracji, który reklamował swoją pieczeń z sarny. Potrawa wyglądała przesmacznie, co jeden z internautów skomentował zdaniem: „Dobry Bambi!”. Lekki szok podszyty dysonansem (pop)kulturowym (oprócz samego wina, rzecz jasna) zmotywował mnie do odkopania notatek i napisania tekstu o winno-sarnim food pairingu. I co prawda Bambi był jelonkiem, ale mniejsza z tym.

Mimo, że leży mi na sercu los umęczonych zwierząt rzeźnych, póki co nie jestem w stanie odżegnać się od tatara czy pieczonej dziczyzny raz na jakiś czas. Nie odżegnałam się również i w warszawskiej Nowinie na degustacji zorganizoanej przez Asię Porembę ze stowarzyszenia Kobiety i Wino, z udziałem przedstawicielki winnicy Clos Triguedina z Cahors. No i cóż, było świetnie.

Tamtego wieczoru zaserwowano nam cztery potrawy, ale chciałabym napisać o jednej, która była częścią rzadkiego zjawiska, jakim jest idealny food pairing. Był to stek należący niegdyś do pewnej sarny, resztę stanowiło wino Clos Triguedina 2012. Czyli malbec, tradycyjnie zwany w Cahors côt z domieszką 13% merlota i niewielkimi, ale jakże istotnymi 2% tannata. Wino samo w sobie nie było winem wieczoru, ale połączenie z mięsem właśnie tego kupażu dało w efekcie fantastyczną wartość dodaną, która według mnie definiuje perfekcyjne połączenie wina i potrawy. Dzięki porządnym taninom zawartym w winie odrobinę twardawa sarnina zyskała teksturę niemalże ptasiego mleczka, a soczyste i – nomen omen – mięsiste wino nie znikło w towarzystwie naturalnie wyrazistego mięsa, doprawionego jeszcze leśnymi grzybami i sosem z trawy żubrowej. Dość powiedzieć, że aromaty wina doskonale zgodziły się z tym, co mieliśmy na talerzach – moc leśnych jagód, jeżyn, czereśni, niuans żywicy, świeże i suszone zioła, fiołki, a wszystko podbite aromatem tlącego się ogniska… Istna puszcza w kieliszku!

Clos Triguedina AOC Cahors 2012

Na podobne sarny i jelonki mógł polować czcigodny cesarz Marek Aureliusz Probus podczas wizytacji na rozległych rubieżach swojego cesarstwa, które w przyszłości miały się stać winiarską Gaskonią, Roussillon, Langwedocją i Prowansją. To właśnie jego imię nosi najlepsze wino tamtego wieczoru, Probus 2007, stuprocentowy côt o aromatach podobnych, jak w poprzednim winie, potężnych i dojrzałych taninach, ciekawie podkręcony niuansem eukaliptusa.

p

Probus AOC Cahors 2007

Cesarz raczej nie był wegeterianinem i jakkolwiek część z Was może się nie zgadzać z jego kulinarnymi preferencjami, to jednak trzeba mu oddać, że między innymi to dzięki jego staraniom możemy dziś cieszyć się winami z wielkich połaci francuskiego Południa, Bordeaux, Doliny Rodanu, a nawet z Doliny Mozeli i Nadrenii, by wymienić tylko kilka regionów, w których cesarz wskrzesił podupadłe winogrodnictwo albo je zapoczątkował. Uciszywszy bowiem, przynajmniej na krótki czas, rewolucyjne nastroje wśród Gallów, Gaskończyków, Burgundów, Gotów i kilku innych zbuntowanych plemion, zaczął sadzić winnice literalnie wszędzie, sadzić, jak opętany. Bo warto wiedzieć, że oprócz zdobywania kolejnych terenów dla Cesarstwa oraz uspokajania zbuntowanych ludów, Probus pasjonował się ogrodnictwem i uprawą roli, zwłaszcza winogrodnictwem. Mówię Wam, wszyscy mięsożercy są w miarę w porządku, a w każdym razie uwierzcie – przynajmniej część z nich naprawdę się stara.

Zdrowie tego pana!

Wina z winnicy Clos Triguedina znajdziecie w sklepach M&P.

Saudade odłożona na potem ~ Kilka win z Wines of Portugal

Saudade – smutek, melancholia, tęsknota.

Tak z grubsza można przetłumaczyć to portugalskie słowo oznaczające głęboką, nieprzemijającą nostalgię. Z grubsza, bo Portugalczycy utrzymują, że saudade nie da się jeden do jednego przełożyć na inne języki. Co ciekawe, wpływ ich narodowego stanu ducha nie ogranicza się tylko do spraw miłosnych i egzystencjalnych, ale swoim zasięgiem ten termin obejmuje też historię narodu. To zadziwiające, że mieszkańcy tak słonecznego kraju podzielają tę specyficzną nostalgię z gromadą ludzi rzuconą na nasz nadwiślański padół łez i frustracji, obecnie wyjątkowo ponury. Istnieje jednak różnica między portugalskim homo trisits i Polakiem, a jest nią podejście do tej nostalgii. Portugalczycy bowiem nie tylko lubią swoją saudade – wynieśli ją na piedestał jako narodową cnotę i z lubością kontemplują je, kiedy tylko nadarza się ku temu dobra okazja. A Portugalczycy już umieją zadbać, aby takich chwil w ich życiu nigdy nie brakowało. Delektują się więc saudade jak kieliszkiem dobrego wina czy dźwiękami rzewnego fado, przy kieliszku dobrego wina i dźwiękach rzewnego fado, wczoraj tak jak dziś, i jutro pewnie znów. I rozmyślają o wszystkich dobrych rzeczach, których już nie ma, i o tych, które jeszcze nie nadeszły.

No to ja właśnie o przeszłości. W pewien całkiem jeszcze pogodny październikowy dzień organizacja Wines of Portugal utuliła mnie w tęsknocie za ciekawymi ludźmi i winami, które wniosą trochę słońca w coraz bardziej ponurą jesienną aurę. Rzadko spotykam portugalskie wina, które reprezentują coś więcej niż doskonale gastronomiczny charakter. Oczywiście chwała im, że świetnie sprawdzają się w restauracjach i w naszych kuchniach, ale ja tamtego dnia miałam nadzieję na jakieś odświeżające doświadczenie. No i proszę – udało się!

Trzy wina białe, dwa czerwone, jedno musujące. Oto biel numer jeden z winnicy Quinta do Pessegueiro działającej na północnym wschodzie Portugalii, w Górnym (Alto) Douro. Pessegueiro Aluzé White Douro DOP 2016 to kupaż lokalnych odmian rabigato, cercial i gouveio, rosnących na moich ulubionych łupkach i uprawianych w sposób organiczny. Opiekę nad procesem winifikacji sprawuje tu słynny João Nicolau de Almeida – bardzo zasłużony dla regionu enolog, w którego żyłach zamiast krwi już chyba od dawna musi płynąć mieszanka tutejszych win. A jaki jest ten blend? Świeżym aromatom owoców i kwiatów z południowoeuropejskich sadów towarzyszy intensywna mineralność i ledwie wspomnienie o dębinie (tylko 35% wina fermentowało w dużych dębowych beczkach, reszta trafiła do stalowych kadzi). Wino prosi się o owoce morza we wszelkiej postaci i nie jest dostępne w Polsce – mam nadzieję, że ta niezręczna sytuacja szybko się zmieni.

Z tego samego regionu przyjechało do nas wino ze stosunkowo młodej, organicznej winiarni Quinta das Marvalhas, należącej do rodzinnej winiarskiej kooperatywy Casa Agrícola Reboredo Madeira, działającej od połowy XVIII wieku. Vinha da Urze Reserva White 2015 to również kupaż lokalnych szczepów, tym razem są to: códega de Larinho, znów rabigato oraz viosinho. Połowa wina dojrzewała w stali, druga połowa – we francuskim dębie. W tamtejszym suchym klimacie, na ubogich (też łupkowych!) zboczach smaganych wiatrem oprócz winorośli da się wyhodować jedynie oliwki i migdały. Orzeźwiająca kwasowośc i wyraźny niuans morskiej bryzy budzą wspomnienia o skalistych wybrzeżach obmywanych nieokiełznanymi falami. Aromaty owoców spod znaku jabłek i moreli elegancko komponują z zupełnie nienachalnym, szlachetnym beczkowym podbiciem. Do tego wina warto zaserwować oprócz owoców morza również morską rybę. Producent szuka importera i oby rychło go znalazł!

z domieszką gliny, czyli na podłożu mającym potencjał dać strukturalne, pełne wina. To akurat powstało z pochodzącego z Francji, ale bardziej kojarzonego z Portugalią, szczepu alicante bouchet, i już pewnie dobrze znanego polskim winomanom. Ta potężna odmiana idealnie nadaje się do spędzenia jakiegoś czasu w dębie, zatem po fermentacji w stalowych kadziach wino trafiło na 9 miesięcy do amerykańskich i francuskich małych beczek. Efekt? Alkoholu jest tu sporo, bo aż 14,5%, ale jest on doskonale wtopiony i razem z taninami oraz gęstą,  nieco mroczną materią rozmaitych czarnych owoców mości się w ustach jak kot w  welurowym kocyku.  To wszystko zrównoważone doskonałą kwasowością. Ekstraktywne,ale bez przesady, taniczne, ale nie szorstkie. Wina od Casa Santos Lima są dostępne w 50 krajach na całym świecie. Polsko, nie bądź w tyle.

Druga czerwień, tym razem z rdzennie portugalskiej odmiany. O ile u poprzednika  na pierwszy plan wyrywał się mocny czarny owoc, to w Quinta da Gandara Reserva Touriga Nacional Dão DOC 2012 czereśniowo-jagodowa soczystość jest elegancko ujarzmiona przez przyjemne niuanse świeżo mielonej kawy i czekolady.  Wino także fermentowało w stali, a dojrzewało 10 miesięcy tylko we francuskich barriques. Czyli tyle, ile trzeba, aby dać wino o potężnych, ale już dojrzałych, wygładzonych taninach. Ten sam producent przywiózł też produkowane metodą szampańską musujące Caves da Montanha Baga Bairrada DO 2013, które urzekło mnie ciekawym owocem spod znaku niedojrzałych truskawek i białych malin z eleganckim mineralnym tłem. Polacy mogli spotkać się z prostszymi winami od Caves da Montanha chociażby w Biedronce, ale mam nadzieję, że dzięki któremuś z importerów będą mogli poznać poważniejsze wina z jego porfolio.

W poszukiwaniu win zrobionych z rzadkich, endemicznych odmian, trafiłam na unikat z apelacji położonej w regionie Lisboa. Szczęśliwie krzewów ramisco nie dotknęła plaga filoksery dzięki piaszczystym glebom, w których ta mszyca nie jest w stanie przetrwać. Arenae Ramisco Colares DOP 2008 to pełnokrwisty mocarz, w którym ziarniste taniny wiążą się w mocnym uścisku z nutami śródziemnomorskich ziół, żywicy oraz soku z wiśni i czereśni. Nie jest to © Wikipediajednak przeładowany materią kulturysta – wręcz przeciwnie. Jak w rzeźbie Milona z Krotonu nic tu nie odstaje, niczego nie jest za dużo, a jednoześnie winu nie brakuje autentyczności, dynamizmu  i indywidualnego charakteru. Pomimo dojrzewania w beczkach różnej proweniencji przez trzy lata, a potem jeszcze przez rok w barriques, wino nadal jest niesamowicie żwawe!

A na deser – wino amforowe z rodzaju pomarańczowych, oczywiście do szpiku kości wytrawne. Wiem, że amfory są już bardzo 2016 i teraz przez wszystkie przypadki odmieniane są pét-naty, ale pamiętajcie – nie ma świetlanej przyszłości, ani nawet teraźniejszość za bardzo nas nie interesuje. Najbardziej kręci nas nostalgiczne nurzanie się w przeszłości. No to proszę, oto Herdade do Rocim Amphora Branco Alentejo DOP 2015, kupaż jeszcze innych, ściśle lokalnych odmian: antão vaz, perrum, rabo de ovelha i manteúdo. Producent Fernando Pessoa z Herdade do Rocim czerpie z najlepszych tradycji tradycyjnego, ekologicznego winiarstwa. Kiedy moszcz trafi do glinianej amfory, po prostu zamyka ją, dając pole do popisu dzikim drożdżom. Po wygaśnięciu fermentacji trzyma wino na osadzie jeszcze przez 4-6 miesięcy, a potem dojrzewa je w butelce jeszcze przez kolejne dwa. Czujemy w tym winie wszystko, co lubimy w winach pomarańczowych: zadziorną grejpfrutową kwasowość,  przyprószone popiołem polne kwiaty, nuty dobrze przyprawionego wywaru warzywnego i apetyczne taniny. Niech ktoś je importuje!

Jakkolwiek saudade to odczucie nieusuwalne i kiedy raz cię dopadnie, zostaje już z tobą zawsze, tego dnia jednak udało się tę dojmującą melancholię nieco przesunąć na później. Ale cóz, degustacja minęła jak mgnienie oka, producenci i przedstawiciele winnic zwinęli swoje stoiska i wrócili nad Atlantyk. A ja znów zostałam sam na sam ze wspomnieniami i brunatnym listopadem…

Na libańskim bazarze ~ Château Musar Bekaa Valley 2006

No dobrze, nigdy nie byłam na bazarze w Libanie, ale jako Osoba Nieustannie Węsząca (ONW) wiem, jak pachnie przynajmniej część tych wszystkich wspaniałości, które mogą się na nim znaleźć. Pozwólcie więc, że zabiorę Was w winiarską podróż na Bliski Wschód.

Pierwszy raz z winami z tej bodaj najsłynniejszej libańskiej winnicy zetknęłam się kilka lat temu, chyba na jednym z moich pierwszych Grand Prix Magazynu Wino (kolejne Grand Prix już w październiku – nie może Was zabraknąć!). Tamtego dnia spróbowałam win z Château Musar, które wydały mi się zwyczajnie zwietrzałe, zmęczone i bez życia. A to zwyczajnie było moje ówczesne nieobycie z winami nieoczywistymi i z pewnością niełatwymi. Dobrze było po takim czasie spotkać się z butelką, którą w swoich podwojach ma (chyba jeszcze) Winkolekcja.

Bohater mojej opowieści ma już 11 lat, a więc należy się po nim spodziewać dojrzałych, a nawet bardzo dojrzałych nut. I oczywiście wszystkie je tu mamy. Nie ma w tym winie jednak ani krzty zwietrzałości, ani tym bardziej zmęczenia, choć co wprawniejszy nos wyczuje tak zwanego bretta. Już na wstępie w nasze nozdrza uderzają mocne aromaty wszystkiego tego, co leży na bliskowschodnim targu, stygnącym po upalnym dniu, choć właśnie dopiero teraz zaczynającym tętnić życiem. Co na nim znajdziemy? Bogactwo wszelkiego rodzaju przypraw – od ziół po przyprawy korzenne – i suszone śliwki, sułtanki, owoce leśne… a do tego stojące gdzieś obok butelki z owocowymi syropami. Nieopodal tlą się ogniska. Gdzieś właśnie rozpalane, gdzie indziej już dogasające.

W ustach na pewno wyczujemy pewną słodycz, jednak nie powiedziałabym, że to jest prostolinijna słodycz, powiedzmy, cukru resztkowego. To bogaty i wielowymiarowy smak słodkich, bardzo dojrzałych i suszonych wiśni, śliwek i fig, które przeleżały obok worków z rozmaitymi przyprawami. Tę feerię smaków podkreślają potężne taniny i równie krzepkie ciało. Człowiek rychło padłby oszołomiony na miękkie poduchy, gdyby nie przywracająca do pionu świetna kwasowość.

Z posiadłością Château Musar wiąże się dramatyczna i heroiczna historia związana z wojenną zawieruchą. Pisała o tym już 4 lata temu Paulina Przybycień na łamach Winicjatywy. Nie chcę powielać tej opowieści, a więc od siebie dodam tylko, że warunki Żyznego Półksiężyca, w których całkiem nieźle prosperuje winnica, byłyby aż nazbyt dobre dla winorośli. Jak wiadomo, aby wyprodukować wino wysokiej jakości, roślinę tę trzeba nieco „zestresować” ubogą glebą, chłodnymi nocami, a nawet odrobiną śniegu w zimie. W tym przypadku jednak stosunkowo wysokie położenie Château Musar (1000, a nawet 1500 m n. p. m.) wraz z obecnością silnie uwapnionych żwirowych i kamienistych gleb zapewniają wszystkie te warunki, a nawet umożliwiają zastosowanie organicznych metod upraw bez chemicznych wspomagaczy.  Wina osiągają tutaj niezwykłą koncentrację i, co za tym idzie, duży potencjał dojrzewania w butelce.

Kupaż grenache, cinsault i carignan powstał w wyjątkowo trudnym dla Libanu roku 2006, kiedy z powodu oblężenia kraju zbiory stały pod znakiem zapytania. Winiarze jednak nie dali za wygraną i kupaż powstał – po roku dojrzewania w beczkach z dębu francuskiego wszystkich trzech win bazowych. Wino, które miało zostać wypuszczone do sprzedaży po kolejnych siedmiu latach starzenia w butelce, długo nie chciało dojrzeć i trafiło na rynek dopiero zeszłej wiosny. I chyba warto było czekać.

La Grande Bellezza ~ 12tredici14 Cabernet Franc Vallagarina IGT

Znacie włoską apelację Vallagarina IGT? Ja jak dotąd nie próbowałam pochodzących z niej win, dlatego chętnie chwyciłam jeden z kieliszków w Kieliszkach na Próżnej. Szczególnie, że był to cabernet franc, którego uwielbiam. Szczególnie, że wino powstało metodą solera, co w północnych Włoszech jest, powiedzmy, dość nietypową praktyką.

Bo właśnie w północnych Włoszech jesteśmy, na sporym obszarze, w ramach którego znajdują się znakomite apelacje Trentino-Alto Adige i Veneto. Marzemino, teroldego czy lagrein to tylko kilka lokalnych, ale znanych i lubianych wśród winopijców odmian, z których wyrabia się tam wino. Oprócz paru innych międzynarodowych szczepów, szczęśliwie znalazło się tam też miejsce dla cabernet franc.

I w przypadku 12tredici14 jego wyjątkowość w dużej mierze tkwi w metodzie winifikacji. W systemie solera powoli miesza się kilka roczników win, które dojrzewają sobie spokojnie przez jakiś czas, aby wydobyć i poukładać wszystkie aromatyczne i smakowe komponenty. W przypadku naszego franka mamy tu zmieszane trzy roczniki – jak sama nazwa wskazuje, są to 2012, 2013 i 2014. Wynikiem tego zabiegu jest bardzo klasyczne oblicze cabernet franc, zupełnie nie kojarzące się z utlenionymi winami wytwarzanymi metodą solera. Dekadencka zwiędłość liści i suchość płatków róż zniewalająco igra z soczystymi owocami leśnymi i wiśniami, również tymi poddanymi rozmaitym obróbkom termicznym. W ustach swoista szlachetna liściastość ustępuje świeżemu owocowi, przyjemnie masującym język drobnoziarnistym taninom i świetnej kwasowości. I głębia, która być może nie byłaby tak odczuwalna, gdyby nie ten specyficzny sposób dojrzewania. 12tredici14 nie było też na szczęście potraktowane dodatkowym alkoholem. Ma ono co prawda 14 procent, jednak odczułam je jak delikatne uszczypnięcie w udo przez ukochanego mężczyznę. Sto procent jędrności, życia i czystego piękna, podrasowanego patyną szlachetnej dojrzałości.

toni_servillo_la_grande_bellezza_great-beauty-sabrina-ferill

Kadr z filmu „Wielkie Piękno”, reż. Paolo Sorrentino

Autorem tego wina jest Eugenio Rosi, który swoje dzieła wytwarza na małą skalę w okolicach miejscowości Volano na południe od Trento. Winiarz najwyraźniej nie ma ochoty na rozgłos – czy raczej w ogóle go nie potrzebuje – bo nie ma własnej strony internetowej, ma jednak fanpage. Dzięki ekscentrycznym niemal metodom winifikacji nie kłania się też regułom wyższych apelacji. Z tego powodu jego wina muszą posiadać niższą klasyfikację IGT. Ale komu to przeszkadza?

Mocarze z Prioratu ~ Degustacja w Ambasadzie Hiszpanii

Minął już miesiąc od degustacji zorganizowanej przez Hiszpańskie wina w Ambasadzie Hiszpanii. Urodzony w tym kraju, a stacjonujący w Polsce sommelier Julio César Sobrino zaprezentował nam, jak to teraz młodzież mówi, petardy. Mniejsze lub większe ale przeważnie petardy. Oto sześć z nich.

© vinicoladelpriorat.com

Vinicola del Priorat l’Obaga 2015
Pierwsze z degustowanych win, a więc relatywnie najlżejsze. Macerowany 20 dni i nie tknięty beczką kupaż garnatxy i syrah to czysta ekspresja owocu. Pierwsze skrzypce grają tu jagody, czereśnie, maliny i wiśnie w syropie z delikatnym niuansem świeżo zmielonej kawy. W ustach wino jest przestrzenne i wypełnione mocno skoncentrowanym owocem (wiśnie, czereśnie), któremu towarzyszy świetna kwasowość i niemęczące taniny. Importerze, to wino cię szuka!

© lavinia.es

Meritxell Pallejà Nita 2014
Kolejny nie dotknięty beczką kupaż – tym razem garnatxy, samsó, cabernet sauvignon i syrah. Ziemista mineralność, mokka i fiołki dominują w nosie nad owocem. W ustach odwrotnie – do głosu dochodzą dojrzałe czarne porzeczki, czereśnie i wiśnie. Do tego przydająca lekkości kwasowość, dzięki czemu mamy wino bogate, lecz pełne finezji, niczym koronkowa tkanina. Nitę kupicie w La Vinotheque.

© masdoix.com

Mas Doix Les Crestes 2015
Tu z kolei mamy kombinację garnatxy, samsó i syrah. W pierwszej kolejności wyczujemy pochodzące z 8-miesięcznego dojrzewania w beczce skorupki orzechów, do tego czarny pieprz i niuans skórzasty. Aromaty owoców leśnych mają już bardziej konfiturowy charakter. Wino jest też bardziej krągłe, dość wyraźny alkohol daje wrażenie ciepła, a na finiszu pojawia się dość wyraźniy likierowy niuans. Nie do końca to wszystko trafia w mój gust, nie można jednak temu winu odmówić świeżości i z pewnością spodoba się niejednemu miłośnikowi wina. Ono też szuka importera!

© quierovinos.com

Coca i Fitó Samsara 2014
Samsarę zna pewnie spora część fanów hiszpańskich win. W kupażu znajdują się te same szczepy, co w winie numer dwa. Dojrzewające we francuskiej beczce 12 miesięcy wino jest jak mocna kawa z leżącą obok kostką gorzkiej czekolady. Jest jednak w Samsarze też mineralna przestrzenność i soczysty owoc spod znaku czarnych porzeczek, śliwek i jagód. Butelkę kupicie w El Catador.

© catalandelights.com

Celler Burgo Porta Mas Sinén Negre 2009
I znów mamy kupaż garnatxy, samsó, cabernet sauvignon i syrah, i znów wszystko dojrzewało 12 miesięcy w dębie z Francji, jednak to wiek wina definiuje charakter. Jest ono dużo potężniejsze, niż poprzednicy. Ten mocarz pełen jest balsamicznych, korzennych i kawowych nut, a alkoholowe ciepełko lekko i przyjemnie drażni język wespół z wciąż żywymi taninami. Jest tu też dobrze zaznaczona klasyczna dla win z Prioratu ziemista mineralność i zbalansowana kwasowość, a nade wszystko nadal świeży owoc. Z taką strukturą można dać temu winu jeszcze sporo czasu. Sprowadza je Catalan Delights.

© vallllach.com

Celler Vall Llach Porrera Vi de Vila 2012
Prestiżowej winnicy Vall Llach raczej nie trzeba nikomu przedstawiać, a jeśli trzeba, to może od razu powiem, ze takiego wina warto spróbować chociaż raz w życiu. Winopijcy o zasobniejszym portfelu mogliby nawet więcej niż raz, bo mamy do czynienia z butelką z najwyższej półki. 5-letni duet samsó i garnatxy jest najbardziej eleganckim przykładem wina z Prioratu, jakie mieliśmy na degustacji, choć też najcięższym. Jest wyraźny obowiązkowy mineralny niuans i krągłość tanin, a 15,5% alkoholu dyskretnie wycofało, aby zrobić miejsce eleganckiej i nie przeładowanej treścią kompozycji apetycznych aromatów kawy z mlekiem, mocno czekoladowego brownie oraz świeżych jagód i jeżyn. Wino jest dostępne w Winkolekcji.

Różne siedliska i metody winifikacji nie spłycają win z Prioratu do jednej, książkowej definicji. Wszystkie degustowane przykłady potwierdzają jednak, że tym, co się powtarza w niemal wszystkich egzemplarzach to niepodrabialne, mniej lub bardziej wyraziste mineralne niuanse, relatywnie wysoki alkohol, wreszcie solidna porcja tanin zintegrowanych z soczystym owocem.

Na różowo i z charakterem ~ Braun Sankt Laurent Rosé 2015 z 13 Win

Butelkę różowego Sankt Laurenta ze znajdującej się w niemieckim Palatynacie winiarni Braun ten czy ów dżentelmen z okazji Dnia Kobiet mógłby kupić damie, która zasługuje dziś na okazanie jej przyjaźni, szacunku, miłości, czy wszystkiego na raz (zresztą, która kobieta na to wszystko nie zasługuje!?). Jeżeli natomiast w otoczeniu damy brakuje takowego dżentelmena, sama ze spokojem może się zaopatrzyć w to rosé w warszawskim sklepie 13 Win za przyzwoite 37 zł. Bo ten róż zdecydowanie nie jest tanim, landrynkowym różem dla dziewczynek.

braun_rose

Wręcz przeciwnie. Możemy to stwierdzić już po intensywnym i głębokim kolorze, który być może bardziej jest zbliżony do czerwieni jasnej i soczystej, jak usta Marylin Monroe. W nozdrza udejrzają zmysłowe aromaty kwiatów, malinowego chruśniaka i innych owoców leśnych, jak jagody, czy poziomki. Głębi i charakteru bukietowi dodaje delikatny ziemisty niuans. To, co dzieje się w ustach jawi mi się jako kobieta kompletna. Z jednej strony mamy miękki, soczysty czerwony owoc i subtelnie krągłe ciało. Z drugiej – żywą kwasowość, zadziorną pikanterię i ciekawe, nieco ziarniste taniny. To wino jest jednocześnie pełne życia i elegancji, nie pozwala też długo o sobie zapomnieć. Zupełnie, jak silna, spełniona kobieta.

Oczy: ciemny róż

Nos: maliny, liście, jagody, poziomki, kwiaty, ziemia

Usta: malina, wiśnia, czereśnia, truskawka, kwasowość, ciało, długi finisz

Ogólna ocena: 6/7

Jeżeli nie primitivo, to co? ~ Degustacja win z Apulii w Winkolekcji

Myśląc nad relacją z ostatniego rozrywkowo-edukacyjnego spotkania w Winkolekcji zastanawiałam się, czy jest w ogóle sens pisać o trzech apulijskich primitivo, które dostaliśmy tamtego wieczora na warsztat. Doszłam do wniosku, że i tak je wykupicie (kto wykupi, ten wykupi, powie co wybredniejsza winna bigoteria), bo primitivo to nadal bezapelacyjnie najbardziej lubiany czerwony szczep w Polsce. Nie ma sensu pisać o primitivo i nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przekory, wszak jakie primitivo jest, każdy Polak już chyba wie. Nazwijcie mnie bigotem, ale ja po prostu mam dosyć tych win. Samej Apulii natomiast dosyć nie mam w żadnym razie, dlatego chciałabym opisać całą resztę butelek, z których każda z nich zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie.

Lucarelli Bianco Puglia IGP 2016
lucarelli_biancoAleż oczywiście, że nie mogło obyć się bez chardonnay! Wskażcie mi miejsce na Ziemi, gdzie NIE uprawia się tej francuskiej kurtyzany. Z ręką na sercu muszę jednak przyznać, że tym razem mieliśmy do czynienia z kurtyzaną całkiem przyjemną, choć nieco anonimową. Wszystkie cechy tej odmiany wyhodowanej w ciepłym klimacie były obecne– mam tu na myśli aromaty bananów, moreli, marakui i słodkich cytrusów, ale bez landrynkowego rozmemłania. Dla kontrastu w ustach ] świetna kwasowość i posmak skórek gorzkich cytrusów. Wino będzie Wam smakowało zarówno jako aperitif, jak i w towarzystwie lekkich sałatek, owoców morza lub delikatnie potraktowanych ryb. Cena: 36 zł

Tenute Girolamo La Voliera Fiano IGP Puglia 2014girolamo_fianoTym razem wino z fiano – pochodzącej z niedalekiej Kampanii aromatycznej odmiany, charakterystyzującej się sporym ciałem. Wszystko więc było na miejscu: aromaty pomarańczy, śródziemnomorskich ziół, świeżych liści laurowych i kwiatów. Delikatna utleniona orzechowa nuta akurat w tym przypadku mi nie przeszkadzała, wręcz dopełniała całości. W ustach wino jest bogate, oleiste, pikantne, z nutami miodu i kandyzowanych owoców oraz lekkim goryczkowym finiszem. La Volierę również możecie spokojnie pić jako aperitif, ale warto ją sparować z grillowanymi lub smażonymi rybami i owocami morza. Cena: 49 zł

Lucarelli Campo Marina Malvasia Nera 2014
lucarelli_campo_marina_malvasia_nera
Producent zapewne dobrze znany wielu winopijcom, jednak szczep może nie być tak popularny, jak apulijskie negroamaro czy – oczywiście – primitivo. Pochodząca z południa Włoch malvasia nera jest hedonistyczna, ale nie pozbawiona elegancji. Kusi dojrzałymi czereśniami i śliwkami, chwilę potem goździkowym brownie przyprószonym suszonymi kwiatami. Taniny są w sam raz – krągłe, ale dobrze zaznaczone. W ustach znajdziemy mocny owoc z wyraźną nutą tiramisu, a tę słodką feerię smaków przecina ciekawy, lekko goryczkowy lukrecjowy finisz. Myślę, że Campo Marina będzie zadowalającą alternatywą dla fanów dobrego, ale naprawdę dobrego merlota lub nowoświatowego malbeka. Jedzcie z nim duszone i pieczone mięsa, makarony w sosach pomidorowych, albo po prostu sery – szczególnie te dojrzewające. Cena: 49,90 zł

Botromagno Negroamaro IGP Salento 2014
botromagno_negroamaro
Winiarnia Botromagno też jest raczej znana polskim winopijcom. Jeszcze bardziej znana jest też odmiana, która jednocześnie jest jedną z ciekawszych i przyjemniejszych niż primitivo – przynajmniej dla mnie. Dzieją się tu bowiem rzeczy, które w winie bardzo lubię. Króluje piwniczny mrok, kurz, spalenizna i dopiero po pewnej chwili z tych ciemności wyzierają dojrzałe czarne porzeczki, jeżyny i śliwki. W nosie aż czuć zapach tanin, które nie odpuszczają również na języku. Do tego porządna kwasowość i zadziorny, nieco rustykalny charakter z przyjemną nutą rozmarynu w końcówce. I tak, pomimo swojej raczej lekkiej struktury to negroamaro ma sporo do powiedzenia. Raczej się nie przymila, ale aż prosi się o towarzystwo pieczonych w ziołach mięs czy choćby wędlin. Cena: 49,90

Botromagno Nerio di Troia IGP Puglia 2014
botromagno_nero_di_troia
Pozostajemy przy tym samym producencie, na warsztacie jednak jest już inny szczep. Nero di Troia w w wykonaniu Cantine Botromagno pokazuje podobne aromaty, jak poprzednie negroamaro, tu jednak owoc jest nieco czerwieńszy (przeważają wiśnie), a w tle dają się wyczuć przydające winu elegancji suche fiołki. W ustach z kolei mamy więcej materii, żwawości i alkoholowej pikanterii. Jest mrok i taniny, jest też jednak pewien niedojrzały, szypułkowy niuans. To wszystko w moim odczuciu kwalifikowałoby to wino do przeczekania jeszcze dwóch, może trzech lat, żeby czas uwydatnił to, co w nim dobre, a zniwelował to, co niepotrzebne. Będzie dobrym dodatkiem wyrazistych w smaku wędlin, dojrzewających serów, pieczonej jagnięciny lub dziczyzny, a także makaronów w mięsnych sosach. Cena: 49,90 zł

A niech będzie. Opiszę trzy primitivo, które dla zachowania równowagi podano nam na degustacji. Charakter primitivo jest, jaki jest i nie każdemu musi pasować. A swoją drogą, wiecie, że primitivo wcale nie oznacza ‘prymitywny’? Ta nazwa jest zlepkiem dwóch słów, które łącznie znaczą tyle, co ‘wcześnie dojrzewający’. I taki właśnie jest ten szczep, oferując nam dzięki temu mocną owocowość, potencjalnie wysoki alkohol i nienarzucające się taniny. Mi niestety nie pasują te dość alkoholowe i często przebeczkowane wina o dżemowym, zmęczonym owocu. W zasadzie w każdym winie z tej trójki coś mi nie pasowało, choć przyznam, że antyfani promitivo z jedną butelką (niestety tą nadroższą) mogliby się przeprosić.

Botromagno Primitivo IGP Murgia 2015
botromagno_primitivo
Trzecie wino z mocnej reprezentacji winiarni Botromagno. W nosie mamy przyjemny miks świeżych oraz smażonych czerwonych i czarnych porzeczek przyprószonych czarnym pieprzem. W ustach sporo materii, i tego, co lubi wielu Polaków, czyli wyraźnego alkoholu, który jednak według mnie zbyt mocno się wybija. Zbyt mocno wybija się też smak wanilii, którą – znów – wielu konsumentom być może przypadnie do gustu. Cena: 49,90 zł

Lucarelli Campo Marina DOP Primitivo di Manduria 2015
lucarelli_campo_marina_primitivo
Mieszanki studencka zamknięta w winie, przynajmniej w aromatach – królują tu bowiem bakalie, oczywiście w towarzystwie obowiązkowej wanilii. W ustach jest więcej lekkości, niż u poprzednika, ale równie obowiązkowy alkohol nadal drażni język, co mi osobiście nie sprawia przyjemności. To primitivo jest też dosyć gładkie – trochę zbyt gładkie, bo brakuje w nim odpowiedniej dawki tanin, która wzbogaciłaby nasze wrażenia. Cena: 59 zł

Lucarelli Folle DOP Primitivo di Manduria 2012
lucarelli_folle_primitivoWinnica Lucarelii również wiodła prym na apulijskiej degustacji, uratowała też według mnie wizerunek primitivo. W przypadku tego wina śmiało możemy mówić o elegancji. Nutom pieczeniowym towarzyszą zioła śródziemnomorskie, kawa, kakao i dżem z czarnych owoców. Primitivo na bardziej specjalnie okazje – do pieczeni wołowej, jagnięciny, dziczyzny, a jeśli ma grać na spotkaniu pierwsze skrzypce, warto je zagryźć dojrzałymi serami. Cena: 124 zł

Na koniec uraczono nas smakowitą niespodzianką :)

Tenute Girolamo Codalunga Aglianico IGP Puglia 2010
codalunga
Aglianico to kolejny wart uwagi czerwony szczep z południa Włoch. Wina produkowane z tej odmiany są zwykle pełne materii, mają wysoki poziom tanin i spory potencjał starzenia. Tak też jest w przypadku tego siedmioletniego już wina, w którym słodkim, dojrzałym aromatom syropu ziołowego i marcepanu towarzyszy soczysta czarna porzeczka. Wszystko to przyozdobione delikatnym i szlachetnym beczkowym makijażem. Podobna, bardzo przyjemna słodko-gorzka symfonia ma miejsce na języku. Warto pamiętać, że to aglianico wymaga co najmniej 3-godzinnego oddechu w karafce. Pijcie je do pieczonych, a nawet grillowanych w ziołach czerwonych mięs. Cena: 81 zł

Organizatorom bardzo dziękuję za zaproszenie na degustację!