Wino na majówkę ~ Celine & Laurent Tripoz Les Graves Mâcon-Serrières 2016

Jeżeli miałabym pić gamay, to właśnie takie.

Powoli i stopniowo przekonuję się do gamay. W sumie na palcach jednej ręki mogę policzyć etykiety, które sprawiają mi prawdziwą przyjemność. Jeżeli jednak komuś przyjdzie do głowy podjąć ryzyko i zaproponować mi jakieś beaujolais (które powstaje właśnie z tego szczepu), niech sięgnie po wina z takich apelacji, jak Fleurie, Moulin-à-Vent czy Morgon. Przekonałam się, że podczas degustacji w ciemno, niektóre z tamtejszych gamay można czasem pomylić nawet z przyzwoitymi burgundami. No i raczej nigdy nie miewam ochoty na beaujolais nouveau. No dobra, opuszczamy Beaujolais (ileż można), ale zostajemy przy gamay. A więc gdzie się kierujemy? Nieco na północ, czyli oczywiście do Burgundii!

Burgundy

O tu :)

A konkretnie na jej południowe rubieże, do wioski Loché, dosłownie kilka kilometrów od miejscowości Mâcon. Państwo Celine i Laurent Tripoz mają w tej okolicy jedenaście parcel, a Les Graves to jedna z nich – właśnie tutaj powstaje wino o tej samej nazwie, zrobione ze szczepu, który jest bohaterem dzisiejszej opowieści. Celine i Laurent uprawiają najwięcej chardonnay, które zresztą dominuje w całej burgundzkiej apelacji Mâconnais. Małżeństwo Tripoz tłoczy też wina z pinot noir, aligoté, a jedynie 5% produkcji stanowi gamay. Może tylko cieszyć fakt, że tamtejsi winiarze chętnie eksportują swoje gamay, które kompletnie wymyka się (chyba już trochę utartym) stereotypom na temat tego, jak smakuje gamay. A to smakuje odlotowo.

wino na majówkę

Wyobraźcie sobie aromat młodego, różowiutkiego rabarbaru (specjalnie dla Was dźwięk dojrzewającego rabarbaru -> TU) kiwający się obok krzaków czerwonej porzeczki, bukszpanu i dziko rosnących konwalii. I co jeszcze? I jeszcze bardzo ciekawa i bardzo przyjemna nutka świeżego kefiru. Świeżość, świeżość, świeżość, młodość i energia. W ustach Les Graves kłuje kwasowymi szpileczkami i – dla kontrastu – nie przytłacza taninami. Taniny lubię, ale dziś absolutnie za nimi nie tęsknię, jeżeli usta wypełnia mi mnóstwo świeżego owocu z lekkim liściastym niuansem. Wino jest proste, ale tak radosne, że aż prosi się o kolejnego łyka.

Celine & Laurent Tripoz Les Graves Mâcon-Serrières 2016

A po godzinie…

Acidity freaks nie przekonają się, co po godzinie, bo wciągną to wino błyskawicznie i ze smakiem. Ja (jako jeden z nich) uzbroiłam się jednak w ostatki cierpliwości, jakie mi zostały, i wino odsłoniło przed moim nosem więcej słodkich aromatów spod znaku wiśni, a także bardziej wyraźny kwiatowy niuans. Akurat Les Graves warto poświęcić dłuższą chwilę – okazuje się, że nawet taki szczep, jak gamay, może czasem dać tak zwane „wino dla cierpliwych”!

Co bym do niego zjadła? Koniecznie tłustą rybę. Kwasowość tego wina wejdzie w nią jak nóż w masło. A z czym je wypiłam? A z rarytasem warszawskim, i też było super :)

Wino kupicie u Philippe’a de Givenchy w Warszawie.

Reklamy

Dolina Rodanu na przykładach cz. II ~ 3 wina czerwone

W poprzednim odcinku opowiadałam Wam o dwóch winach białych i jednym różowym. Dziś wpływamy na bardziej znane rodańskie wody i dryfujemy na falach czerwonych. Ale czy rzeczywiście są one tak dobrze znane? Przekonajmy się!

Cairanne

cairanne domaine brussetRęka w górę, kto słyszał o tej apelacji. Leży na obszarze Rodanu Południowego, nieco powyżej miejscowości Orange. Dominują tam gliniasto-wapienne tarasy pokryte glebami aluwialnymi i wszędobylskimi otoczakami. Wina z apelacji Cairanne to prawdziwa gratka dla miłośników eleganckich i złożonych win – tam zgodnie z wymogami muszą zawierać minimum 50% grenache i 20% syrah. W winie Domaine Brusset Traverse Rouge 2014 tym dwóm odmianom towarzyszą w kupażu też mourvèdre i odrobina cinsault. Pachnie syropem malinowym i bzem z odrobiną ziół, z czasem pokazuje się nuta mokki i pieprz. W ustach wino jest niezbyt taniczne i niezbyt długie, ale za to smakowicie porzeczkowe, soczyste i przyjemnie pieprzne.

Z czym pić: cielęcina, jagnięcina, drób, dojrzałe sery

Cena: ok. 69 zł

Crozes-Hermitage

Południowa część Doliny Rodanu to prawdziwy tygiel odmian winorośli, ale zarówno dla mnie, jak i zapewne dla wielu innych winomanów jest to region, w którym niepodzielnie rządzi syrah. Dobrym przykładem takiego jednoszczepowego wina jest Lavau Crozes-Hermitage 2015 złożony w stu procentach właśnie z syrah. Warto dodać, że to stosunkowo rzadka sytuacja, bo jesteśmy w miejscu, gdzie przeważnie produkuje się blendy, jednak w składzie których pierwszoplanową rolę gra syrah. Tu i ówdzie dominuje, gdzie indziej ustępuje innym komponentom mieszanek. W tym przypadku producent szczęśliwie zdecydował, że wino będzie składało się tylko z syrah. W nosie wyczujemy więc mnóstwo czarnego owocu leśnego – głównie czarna porzeczka, jagody i jeżyny z nutą rozmarynu. W ustach dominuje soczysta wiśnia i czerwona śliwka z subtelną nutą konfiturowa, której towarzyszy specyficzna słonawa ziemistość i nieco wysuszające jamę ustną taniny. Dajcie temu winu trochę czasu zarówno po otwarciu, jak i w piwnicy – czas z pewnością pracuje na jego korzyść.

Z czym pić: solidne pieczenie z warzywami korzeniowymi, zupa ogonowa

Cena: ok. 105 zł

Côte Rôtie

cote rotie lavauWracamy na północ i na koniec super apelacja, z której wina są drogie albo bardzo drogie, ale takie muszą być i koniec. Przemawia za tym przede wszystkim prestiż apelacji, stosunkowa rzadkość tych win i pewne trudności w uprawie winorośli – winnice znajdują się tu na dość stromych granitowych i łupkowych zboczach. Warto jednak przekonać się na własnym nosie i języku, że wina z Côte Rôtie są naprawdę świetne. Skoro więc mamy do czynienia z dobrym, bardzo dobrym albo wspaniałym winem, to musimy rzucić nieco więcej grosza. Jesteśmy na samiuteńkiej północy Doliny Rodanu, a więc sto procent syrah i w przypadku tej części Doliny Rodanu jest to dużo bardziej oczywiste rozwiązanie. Często syrah z Côte Rôtie towarzyszy nawet 20% białego viogniera, ale tym razem producent zrezygnował z tej domieszki. Wino jest taką emanacją syrah, którą poleciłabym każdemu, kto chciałby jego książkowej definicji. To wino wydaje mi się z jednej strony bardziej eleganckie, a z drugiej – bardziej treściwe i głębsze od poprzednika. Nieco więcej w nim czerwonego owocu spod znaku czarnej porzeczki. Ponadto da się w nim wyczuć nutę fiołka, czarnego pieprzu, czarnych oliwek, skóry i ziół, a wszystkiemu towarzyszy dobrze zaznaczona kwasowość i taniny, które pięknie wtopiły się w materię wina.

Z czym pić: stek w sosie pieprzowym, pieczona jagnięcina

Cena: ok. 105 zł

Było trochę klasycznie, trochę odkrywczo, a to przecież raptem trzy butelki, które jedynie nakreślają nam możliwości czerwonych win z Doliny Rodanu. Zdecydowanie polecam drążyć temat. Wszystkie opisane dziś wina kupicie w Winkolekcji.

Zdjęcia © Jan Krzyżanowski 2 Smaki.pl

Dolina Rodanu na przykładach cz. I ~ 2 wina białe i 1 różowe

Jeżeli myślicie o winach z Doliny Rodanu, Wasze myśli być może od razu kierują się ku winom czerwonym. Dziś popłyniemy Doliną Rodanu na falach białych i różowych!

Chateauneuf-du-Pape

Domaine de Nalys Eicelenci Chateauneuf-du-Pape BlancZaskoczeni? A jednak! W tej krainie czerwonej gliny i otoczaków, oprócz słynnych czerwonych, znajdzemy też pyszne białe wina produkowane z bardzo ciekawych odmian, takich jak bardziej znane grenache blanc i roussanne czy mniej znane picpoul, picardan i kilka innych. Za wysoką jakością często jednak idą dość niemałe ceny. Przykładem tego jest wyśmienite Domaine de Nalys Eicelenci Chateauneuf-du-Pape Blanc AOC 2015. Jest to mieszanka wspomnianych grenache blanc, roussanne, clairette i picardan. Pełna pikanterii, choć nieco rozleniwiona wonią egzotycznych owoców i białych polnych kwiatów. Oprócz słodkiego melona i ananasa znajdziemy tu też aromaty wosku pszczelego i ziół. Za jędrnym, krągłym i niemal tanicznym ciałkiem podąża mocny finisz spod znaku owoców i zielonego pieprzu. Coś dla tych winomanów, którzy lubią, kiedy wino prowadzi w tańcu!

Z czym pić: ryby w każdej postaci, owoce morza, pieczone białe mięsa, makarony w sosach śmietanowych, delikatne wędliny

Cena: ok. 190 zł

 

Condrieu

lavau condrieuTo mała apelacja, w której królują tylko i wyłącznie białe wina produkowane tylko i wyłącznie ze szczepu viognier. Krzewy rosną tu na górujących nad rzeką stromych tarasach, na granitowym podłożu przykrytym glebami gliniastymi i piaskowymi. Tutejsze wina są zazwyczaj pełne, złożone i… nie dla wszystkich. Viognier to mój bohater ostatnich miesięcy, bo każda kolejna butelka, jeżeli dać jej trochę oddechu po odkorkowaniu, otwiera przede mną zupełnie nowe doznania i skojarzenia. Lavau Condrieu AOC 2014  zdążyło już odpowiednio ułożyć się przez trzy lata z hakiem. Aromaty tego wina przywodzą na myśl kiszoną cytrynę i brzoskwinię, a niuans dobrze przyprószonego ziołami rosołu są skontrastowane z mocnym trawiastym niuansem. Aha, i jeszcze do tego talerz owoców tropikalnych. I jeszcze trochę tanin, a na finiszu miód. Naprawdę dzieje się!

Z czym pić: pieczone białe mięsa, wędliny

Cena: ok. 285 zł

 

Tavel

lavau-tavelRóżowe wina już może bardziej mogą kojarzyć się z Doliną Rodanu, bo w końcu powstają z czerwonych szczepów. I w wielu przypadkach naprawdę warto poszukać czegoś interesującego, jeżeli lubicie eleganckie i ani na jotę nie kojarzące się z dziewczyńskimi płynami o smaku landrynki czy różowej oranżady. Wartym spróbowania przykładem jest Lavau Tavel AOC 2016 z apelacji produkującej wyłącznie różowe wina – jedne z najlepszych na świecie i czasem nadające się do starzenia. Oprócz talentu winiarzy, wina swoją wysoką jakość zawdzięczają wapiennemu podłożu przysypanego piaskiem i otoczakami. Kupaż [odmiany] ma mnóstwo owocu spod znaku jeżyn, poziomek, czerwonych porzeczek, truskawek i malin, między którymi subtelnie prześlizguje się delikatny niuans kwiatu róży. Kwasowość jest wręcz grejpfrutowa, taniny subtelnie zaznaczają swoją obecność, a wszystkiemu wtóruje nieco zielony i pieprzny finisz. Dzieje się!

Z czym pić: makarony z sosem śmietanowym lub pomidorowym, grillowane mięso i warzywa, łosoś, bogatsze sałatki

Cena: ok. 65 zł

Wszystkie trzy wina są dostępne w Winkolekcji.

Magiczna granica ~ 5 butelek za więcej niż 100 złotych

Czy rzeczywiście kwota 100 złotych za wino jest psychologiczną granicą, którą boimy się przekroczyć? Za co ja płacę, jeżeli już zdecydowuję się na zakup? A Ty za co płacisz? A Państwo? I czy w ogóle warto?

To i parę innych pytań zadałam sobie ostatnio po degustacji w ciemno, którą w WINSKY zorganizował Michał „Wine Mike” Misior. Degustacje tego rodzaju czasem coś wyjaśniają, czasem wiele wyjaśniają, ale najczęściej rodzi się po nich jeszcze więcej pytań, niż przed wzięciem pierwszego łyka. Nie mówię, że to źle! Przynajmniej jest się nad czym zastanawiać, a nie że tak po prostu – kawa na ławę, wiadomo, co to za produkt, jaki jest i dla kogo. Żadnych kontrowersji, notki zrobione i wszyscy rozeszli się do domów. Na szczęście nie tym razem. Spróbowaliśmy dziewięć win od różnych importerów, z różnych krajów, o przeróżnej jakości i oto garść moich przemyśleń na temat pięciu z nich, bo uznałam, że właśnie te warte są uwagi. W kontekście ich ceny, ale przede wszystkim ze względu na jakość.

Czyli, jak możecie się domyślić, znakomita większośc zaprezentowanych przez Michała win zasługiwała na swoją cenę, choć trzeba przyznać, że jednak musimy dysponować tą stówką lub dwiema. Z hakiem. A kto będzie chciał wydać te pieniądze? Właśnie w tym sęk.

inama soave

1. Inama Vigneto du Lot Soave Classico 2015 (Krople Wina, 219 zł)

Za co zapłacę: Za obfite i jędrne ciało podbite solidną mineralnością oraz zniewalające aromaty dojrzałych jabłek i podsuszanych owoców (skojarzenie: wigilijny susz). Za słonawość, która tak doskonale dopełnia całości.

Kto nie zapłaci: Ten, kto szuka tarasowego soave. Zdecydowanie wymaga cierpliwości, uwagi i dłuższej refleksji, ale świadomy kupiec zapłaci i stówkę, i dwie. To wino jest przepyszne.

mitolo shiraz

2. Mitolo GAM Shiraz 2013 (Wine Avenue, 119 zł)

Za co zapłacę: Za charakterystyczny niuans eukaliptusa, który tak lubię. Za hedonistyczny smak czerwonych owoców wyjętych z gęstego likieru, nieźle ułożone taniny i zrównoważoną kwasowość. Ten shiraz z winnicy Mitolo jest poważniejszym „starszym bratem” Jestera, dostępnego również w Wine Avenue.

Kto nie zapłaci: Ten, kto nie wpadnie na to, że australijski shiraz australijskiemu shirazowi nierówny i czasem warto darować sobie te kilka latte na mieście, a zamiast tego dołożyć tak zaoszczędzoną mamonę do butelki wina, żeby poczuć różnicę.

inama carmenere

3. Inama Carmére Più 2014 (Krople Wina, 110 zł)

Za co zapłacę: Za najbardziej zadziorne carménère, jakie piłam. Porzeczka schrupana razem z liśćmi i jeszcze doprawiona czarnym pieprzem. Sporo tu zieloności i swoistej południowomorawskiej rustykalności. Stawiałam wpierw na jakąś frankovkę albo svatovavřinecké, a tu proszę. Carménère z Veneto. Più, czyli ‘więcej’. Że tak pojadę sloganem Januszów marketingu: więcej niż carmére, ale niech mi to będzie wybaczone, bo to wino daje naprawdę sporo radochy i wymyka się wszelkim stereotypom.

Kto nie zapłaci: Ten, dla którego wszystko wyżej wymienione jest nie do przełknięcia. To jest wino wyłącznie dla odkrywców albo tych, którzy doskonale wiedzą, co znajdzie się w ich kieliszku.

barbi brunello

fot. Andrzej Staniszewski

4. Fattoria dei Barbi Brunello di Montalcino 2012 (Lidl, 129 zl)

Za co zapłacę: Za elegancję, zachowawczą ekspresję świeżej wiśni i ziemisty niuans. Duże zaskoczenie!

Kto nie zapłaci: Klienci Lidla, którzy są przyzwyczajeni do dobrych winek za 23,99 zł. I tak jest progres, bo niegdyś wydanie dwóch dych było gestem wysoce burżuazyjnym. Wiem, bo obserwowałam, a nawet, tfu, uczestniczyłam. A jak będzie z tak piekielnie drogimi winami dostępnymi w Winnicy Lidla? Czas pokaże.

cuvelier los andes

5. Cuvelier Los Andes Colección Mendoza 2012 (Mielżyński, 127,50 zl)

Za co zapłacę: Za miły spacer po lesie z koszykiem pełnym owoców – oczywiście leśnych – zakończony posiedzeniem przy aromatycznej kawie. Świetnie ułożone, dokładne, zaprojektowane z matematyczną precyzją, do delektowania się podczas zimowych wieczorów, których jeszcze nam trochę zostało.

Kto nie zapłaci: Ten, komu wystarczy „Mendoza” na etykiecie, żeby podjąć wątpliwie słuszną decyzję wydania trzech dych na butelkę dżemowatego, pluszowego płynu.

 

Macie niedosyt? Brakuje Wam tych czterech butelek, które zdecydowałam się pominąć? Według mnie nie pozostawiły żadnych wątpliwości, nie stawiałam sobie po nich żadnych pytań oprócz jednego: dlaczego tak drogo? W moim przekonaniu nie są warte swoich ponadstuzłotowych cen, ale jeżeli zżera Was ciekawość i musicie dowiedzieć się, co to za wina i jak zostały ocenione przez moich towarzyszy, zajrzyjcie na:

Wine Trip Into Your Soul

Trzy Kolory Wina

Winiacz

Wino do koncertu ~ Nick Cave and The Bad Seeds na Torwarze + Mitolo Jester Cabernet Sauvignon 2012 z Wine Avenue

Przypomnijcie sobie Wasz koncert życia. Jakie wino najchętniej byście do niego wychylili?

Jednym moich z najważniejszych koncertów był występ Radiohead w poznańskiej Cytadeli w 2009 roku. Rany, za rok minie już dziesięć lat, a wciąż doskonale pamiętam ten żar, a potem kojący wieczorny chłodek, kiedy urzeczona oglądałam niesamowicie energetyczny audiowizualny spektakl, jaki zaserwował nam zespół, litując się jednocześnie nade mną i nie grając utworu Creep.

I jak dotąd to był mój koncert życia. Jednak sześć lat później, na Open’erze, Nick Cave & The Bad Seeds absolutnie zgnietli i zmietli poznańskie show panów z Abingdon. Od tamtej pory moją miłość do Nicka Cave’a i Warrena Ellisa trudno nazwać jakąś tam fanowską sympatią. Bezwzględnie wyznaję ich talent i charyzmę. Oby żyli wiecznie.

Drugi raz panowie pozamiatali zeszłej jesieni, we wściekle mroźny październikowy wieczór. Tym razem znaleźliśmy się w dużej, ale zamkniętej przestrzeni hali, na pewno dającej więcej, hm, intymności, niż teren lotniska. Szłam zdecydowanie z dużo większym ładunkiem emocjonalnym i może też z większą wyrozumiałością, że Nick będzie w gorszej kondycji ze względu na swoje traumatyczne doświadczenia. Zresztą po druzgocącej wiadomości o tragicznej śmierci jego syna byłam pewna, że to już koniec jego muzycznej kariery. Tymczasem Nick jak feniks odzyskał pełnię sił i przekuł je w tym większą ekspresję na scenie. I było wszystko. Największe hity z The Mercy Seat, Weeping Song czy Red Right Hand na czele. Stopniowe dawkowanie emocji z niemal noise’owymi punktami kulminacyjnymi. Refleksyjne interludia ze starymi i nowymi balladami. Chodzenie po ogarniętej ekstazą publiczności. A na koniec wisienka na torcie: obowiązkowy melanż z fanami na scenie przy dźwiękach m.in. Stagger Lee. Wszystkie te skrajne, ale jakże wspaniale skomponowane doznania otrzymałam jak na talerzu (a konkretnie – na Torwarze), zaledwie kilka przystanków od mojego domu.

Jeszcze w trakcie koncertu postanowiłam podjąć się karkołomnego zadania, jakim jest dopasowanie do tego fenomenalnego wieczoru jakiejś adekwatnej butelki. I cóż, nie było łatwo. Wszczęłam poszukiwania w mieście stołecznym (a wirtualnie w całym kraju) idealnego czerwonego wina z Australii, no bo z jakiego innego kraju mogłabym dobrać wino do tego występu, jak nie z kraju pochodzenia zespołu? Postawiłam na cabernet sauvignon, bo – myślę – shiraz będzie jednak zbyt miękki, zbyt przyjemny, za mało zadziorny, taka czarna pantera, ale jednak udomowiona, ze spiłowanymi pazurami. Potrzebowałam czegoś z polotem, ale i z odpowiednią dawką taniczno-kwasowej zadziory. Wszystkie te tropy skierowały mnie ku porządnemu australijskiemu cabernetowi.

Dodatkowym utrudnieniem było założenie, że wino miało nie kosztować więcej niż około 100 złotych. Po wielu dniach tęgiej rozkminy i tygodniach poszukiwań padło w końcu na kosztujące 79 zł Mitolo Jester Cabernet Sauvignon 2012. Wino pochodzi z winnicy Mitolo Wines z McLaren Vale – regionu w Australii Południowej znanego z potężnych, a jednocześnie eleganckich win. Jestera ma w swoim portfolio Wine Avenue.

I w zasadzie prawie się udało. Prawie, bo doprawdy nie wiem, w jakie zakątki Australii musiałabym się wybrać, żeby znaleźć cabernet sauvignon, które smakuje jak wokal Cave’a i skrzypce Ellisa. Albo ile pieniędzy wydać tu w Polsce, żeby wrażenia z degustacji przynajmniej w dziesiątej części odpowiadały temu, co działo się tego zimnego wieczora na Torwarze.

W pewnym sensie wino miało ułatwione zadanie, bo w tym jesiennym koncercie nastrojowości i refleksyjności było więcej niż drapieżnych i szaleńczych pasaży, których których jednak zespół nie żałował i które serwował dokładnie wtedy, kiedy było trzeba. Podobnie Jester – to raczej dominacja dojrzałej elegancji owocu (jagoda, jeżyna, czarna i czerwona porzeczka, śliwka węgierka, suszona żurawina) oraz dodających polotu niuansów eukaliptusa i suszonej mięty. Nie brak tu temperamentnych, ale drobnoziarnistych i ładnie wtopionych w materię tanin, alkohol tylko subtelnie daje o sobie znać. Do tego szlachetne aromaty świeżo zmielonej kawy, pieprzu, ziemi i przykurzonych suszonych kwiatów. Zupełnie jak widniejący na etykiecie sowizdrzał, Jester to doświadczony showman, który doskonale wie, jak porwać publikę. Mnóstwo w nim charyzmy i charakteru i choć ma już trochę lat, to dzięki jakiejś tajemniczej, niemal młodzieńczej energii, wino nie nudzi się aż do ostatniego kieliszka.

Ocena: 4/5

Do czego: szlachetne wędliny, dojrzałe twarde sery, pieczeń wołowa, jagnięca, dziczyzna

Wino na obiad, wino-obiad ~ Domaine Lattard Roussanne 2016 z La Cave de Philippe de Givenchy

Nie mogę przestać myśleć o jedzeniu. Być może dlatego, że w myśl zasady: „Nowy Rok – nowa ja”, narzuciłam sobie pewne kulinarne ograniczenia, których może będę się  trzymać przez jakiś czas. Jednak co do jednej rzeczy jestem w pełni przekonana – nie warto, a nawet nie można całkowicie rezygnować ze smakowitości, które przynoszą nam czystą radość.

W poprzednim odcinku pisałam o przepysznym szampanie. Raczej nie powinien być on substytutem pełnowartościowego śniadania, ale jego złożone aromaty i bogaty smak niejednemu może kojarzyć się z tym posiłkiem. Ale ani się obejrzeliśmy, a już obiad – podano do stołu!

A podano Roussanne z roku 2016 od Domaine Lattard – małej winniarni znajdującej się w niewielkiej miejscowości Autichamp około 80 kilometrów na południe od Lyonu. Jesteśmy więc na lewym brzegu północnej części Doliny Rodanu. Jak wiele win dostępnych w La Cave de Philippe de Givenchy, to wino nie figuruje jednak pod żadną apelacją, bo ani nie musi, ani nie chce. Jest to po prostu vin de France. I, jak wiele win z jaskini Philippe’a, również i to nie ma dodanych siarczynów… bo zdecydowanie nie chce i nie musi. Uprawy i winifikacja w Domaine Lattard są maksymalnie naturalne, co pozwoliło owocom roussanne w pełni dojść do głosu.

Szczep roussanne zwykle daje wina krągłe i jedwabiste o raczej niskiej kwasowości, co w wielu przypadkach skutkuje doznaniami jednowymiarowymi niczym poglądy Towarzystwa Płaskiej Ziemi. Jednak roussanne dobrze potraktowane przez winiarza jest naprawdę bogate i doskonale zrównoważone, czego przykładem jako żywo jest to wino. Nie było niefiltrowane, pozostało więc nieco mętne i ma piękny, niemal pomarańczowy kolor. Kiedy je spróbowałam, przypomniały mi się leniwe letnie popołudnia na wsi, kiedy upał zaczyna powoli stygnąć i dopiero wtedy zaczyna się odczuwać głód. Wtedy obiad pojawia się w samą porę. Na początku wyczułam wyraźny aromat bardzo porządnego rosołu z kury gotowanego z liściem laurowym i ziołami prowansalskimi. Po zupce następuje lekki deserek w postaci nieco przejrzałych pigw i jabłek pałaszowanych przed domem, wśród oszałamiających aromatów polnych kwiatów.

Byle do lata!

Od tego samego producenta Phillippe ma też wyśmienitego, bogatego  viogniera, który oprócz soczystości i naturalistycznej zadziory ma w sobie naprawdę dużo polotu, sporo charakterystycznych zielonych nut i mnóstwo owocu. Bon appétit!

Szampan na śniadanie, szampan-śniadanie ~ Champagne Vouette et Sorbée Fidèle Extra Brut

Każdy człowiek powinien mieć prawo do kieliszka szampana przynajmniej raz dziennie.

Na przykład na śniadanie. Choć, w myśl zasady, że szampan jest dobry na każdą okazję – nie warto się w tej kwestii ograniczać – zdecydowanie rekomenduję dawkowanie sobie różnych ekspresji tych win na różne okazje, o różnych porach dnia. Czego sobie i Państwu życzę.

Jeżeli interesuje Was terroir, w którym powstał ten szampan (a powinno), to jest obo bardzo istotne – począwszy od rodzaju gleb, poprzez biologiczny charakter upraw i skończywszy na winifikacji bez chemicznych dopalaczy. Efektem kombinacji wszystkich tych czynników jest charakter szampana Fidèle, który zaintryguje niejednego amatora bąbli. A więc co z tymi glebami? 5-hektarowe siedlisko Domaine de Vouette & Sorbée Bertranda Gautherota leży 60 kilometrów na północny wschód od Chablis i to właśnie do tej apelacji jest mu bliżej, niż do Doliny Marny. Na portlandzkich wapieniach leżą tu pełne prastarych skamielin gleby kimerydzkie, zupełnie jak w Chablis. Na tym jednak kończą się podobieństwa z tym regionem, słynącym z wytrawnych, wspaniale mineralnych chardonnay. Pomimo geograficznych podobieństw, inny jest szczep – mamy tu 100% pinot noir. No i jesteśmy jednak w Szampanii, a skoro Szampania, to mus, że musujące. Ale jakie!

Kolor Fidèle kojarzy się ze złoto-pomarańczowym blaskiem wschodzącego słońca w lecie, a żwawe bąbelki grzecznie ustawiają się w równe sznury, jak przedszkolaki na spacerze. I potem urocze śniadanie – dobrze wypieczona maślana bułeczka z konfiturą z mirabelki, obok talerz świeżych, dojrzałych moreli. Gdzieś tam w tle aromatów majaczy delikatna nutka oksydacji, zdradzająca naturalistyczne podejście do produkcji wina.

W ustach brniemy dalej w aromaty śniadania mistrzów, w skład którego wchodzą znów morele i mirabelki w towarzystwie brioszki. Za chwile jednak na stół (albo do łóżka) wjeżdża smażone jajko i aromatyczny ser na grzance. Drobniutkie bąbelki dają poczucie pełni w ustach i jednocześnie wzmagają apetyt na jeszcze. Bogactwo tej hedonistycznej uczty precyzyjnie spina wytrawność i rześkość odświeżająca jak poranne powietrze w górach oraz delikatnie aspirynowy finisz.

Mmmm… :)

Szampana importuje Winoblisko, a ja kupiłam je za ciężkie 240 zł w promocji w warszawskich Dyletantach. Zaręczam, że w odróżnieniu od wielu szampanów dostępnych na rynku, warto chociaż raz się nim podelektować, na przykład w noworoczny poranek :)

Wina na Święta i po Świętach ~ Przegląd win Michele Biancardi

Jest duża szansa, że niektóre z win Michele Biancardi być może akurat podeszłyby pod śledzika, karpika, pierożki czy bożonarodzeniową pieczeń. Sprawdźcie, jeżeli zostało jeszcze Wam coś ze świątecznego stołu. Ale puśćcie sobie do któregoś z tych win chorały gregoriańskie – być może dopiero wtedy stanie się cud.

Skąd pomysł na chorały gregoriańskie? Zupełnie nie chodzi mi o to, że struktura i finezja win Biancardi przypominają tkane subtelną nicią średniowieczne śpiewy, choć może to jest dobry trop. Nawet pomysł z wpleceniem chorałów do tej notki nie wyszedł z mojej głowy. To twórca tych apulijskich win pomyślał, że połączy jedno z drugim na etapie ich dojrzewania. W myśl teorii, że różne gatunki muzyki wpływają w określony sposób na strukturę, a więc i jakość wody, Michele postanowił puszczać swoim zamkniętym w beczkach i amforach winom w piwnicy właśnie chorały gregoriańskie. Nie upieram się w kwestii prawdziwości tej hydrozofii, nie to jest tu najważniejsze. Natomiast faktem jest, że warto pochylić się nad wszystkimi dostępnymi w Polsce winami Biancardi, z których jak dotąd poznałam pyszne Insolito z bardzo ciekawego lokalnego szczepu minutolo oraz kupaż primitivo i nero di Troia, Uno Più Uno.

 

 

 

Oprócz bieżących roczników wspomnianych dwóch, zdecydowanie warte uwagi są mineralne i cieliste Solo Fiano, złożone i pełne polotu Anima di Nero 2014 i Ponte Viro 2015, jedno z najlepiej zrobionych primitivo dostępnych w Polsce. Michele wraz z Piotrkiem Chełchowskim z Kropli Wina (importerem tych win), zaprezentował nam też zrobione z nero di Troia Milleceppi 2014 i to właśnie jemu chcę poświęcić więcej miejsca.

Przychodzi mi do głowy być może trochę karkołomna kombinacja metafor. To wino z jednej strony jest poukładane i harmonijne jak wspomniane chorały gregoriańskie, a z drugiej – do pewnego stopnia oddaje klimat chaotycznych i dzikich czasów, w których powstała ta pełna finezji i mistyki muzyka. Jakby odśpiewano Gargantuę i Pantagruela właśnie na modłę gregoriańską. Sacrum i profanum idą ręka w rękę i doskonale czują się we własnym towarzystwie. A więc forma jak najbardziej harmonijna – a treść?

Przypomina barda przechadzającego się ciasnymi uliczkami miasta i dzierżącego gliniany bukłak z resztkami nalewki czereśniowej, który jeszcze przed chwilą był w ramionach pachnącej kwiatami młodej dziewki. Przejęty głodem po intensywnej nocy wstępuje do pełnego aromatów ziół wyszynku, aby nabrać sił przed kolejną przygodą. Kojarzycie może Jaskra?

Ale uwierzcie mi, w tym winie nie ma żadnych dysonansów. Powstało z owoców nero di Troia podsuszanych na krzewach przez 2-4 tygodnie, które następnie trafiły nie od razu do amfory, ale do stalowych kadzi, gdzie spontanicznie zafermentowały na dzikich drożdżach. Dopiero potem przyszedł czas na błogie 8 miesięcy dojrzewania w glinianych zbiornikach z chorałami gregoriańskimi w tle. Potem jeszcze 3 miesiące aklimatyzacji w butelce i wreszcie wino trafia do sprzedaży. Jak widać, na żadnym etapie produkcji Milleceppi (jak wszystkich win Michele) nie było przypadku, a efekt jest taki, że można z nim spędzić dłuższą chwilę, wczuwając się w jego opowieść i pogryzając świąteczne, poświąteczne i te zupełnie codzienne smakowitości.

Wina Michele Biancardi pochodzą z krzewów rosnących na wapiennych glebach, pełnych leżących tam od milionów lat skamieniałych muszli i wygładzonych przez pradawne wody otoczaków. Michele z jednego krzewu uzyskuje 1-2 butelki, a więc win nie powstaje zbyt wiele. Mamy szczęście, że przynajmniej część z nich trafiła do Polski.

Côt, Bambi i cesarz ~ Clos Triguedina Probus 2007

Do napisania tego tekstu (oprócz samego wina rzecz jasna) zainspirował mnie facebookowy post pewnej restauracji, który reklamował swoją pieczeń z sarny. Potrawa wyglądała przesmacznie, co jeden z internautów skomentował zdaniem: „Dobry Bambi!”. Lekki szok podszyty dysonansem (pop)kulturowym (oprócz samego wina, rzecz jasna) zmotywował mnie do odkopania notatek i napisania tekstu o winno-sarnim food pairingu. I co prawda Bambi był jelonkiem, ale mniejsza z tym.

Mimo, że leży mi na sercu los umęczonych zwierząt rzeźnych, póki co nie jestem w stanie odżegnać się od tatara czy pieczonej dziczyzny raz na jakiś czas. Nie odżegnałam się również i w warszawskiej Nowinie na degustacji zorganizoanej przez Asię Porembę ze stowarzyszenia Kobiety i Wino, z udziałem przedstawicielki winnicy Clos Triguedina z Cahors. No i cóż, było świetnie.

Tamtego wieczoru zaserwowano nam cztery potrawy, ale chciałabym napisać o jednej, która była częścią rzadkiego zjawiska, jakim jest idealny food pairing. Był to stek należący niegdyś do pewnej sarny, resztę stanowiło wino Clos Triguedina 2012. Czyli malbec, tradycyjnie zwany w Cahors côt z domieszką 13% merlota i niewielkimi, ale jakże istotnymi 2% tannata. Wino samo w sobie nie było winem wieczoru, ale połączenie z mięsem właśnie tego kupażu dało w efekcie fantastyczną wartość dodaną, która według mnie definiuje perfekcyjne połączenie wina i potrawy. Dzięki porządnym taninom zawartym w winie odrobinę twardawa sarnina zyskała teksturę niemalże ptasiego mleczka, a soczyste i – nomen omen – mięsiste wino nie znikło w towarzystwie naturalnie wyrazistego mięsa, doprawionego jeszcze leśnymi grzybami i sosem z trawy żubrowej. Dość powiedzieć, że aromaty wina doskonale zgodziły się z tym, co mieliśmy na talerzach – moc leśnych jagód, jeżyn, czereśni, niuans żywicy, świeże i suszone zioła, fiołki, a wszystko podbite aromatem tlącego się ogniska… Istna puszcza w kieliszku!

Clos Triguedina AOC Cahors 2012

Na podobne sarny i jelonki mógł polować czcigodny cesarz Marek Aureliusz Probus podczas wizytacji na rozległych rubieżach swojego cesarstwa, które w przyszłości miały się stać winiarską Gaskonią, Roussillon, Langwedocją i Prowansją. To właśnie jego imię nosi najlepsze wino tamtego wieczoru, Probus 2007, stuprocentowy côt o aromatach podobnych, jak w poprzednim winie, potężnych i dojrzałych taninach, ciekawie podkręcony niuansem eukaliptusa.

p

Probus AOC Cahors 2007

Cesarz raczej nie był wegeterianinem i jakkolwiek część z Was może się nie zgadzać z jego kulinarnymi preferencjami, to jednak trzeba mu oddać, że między innymi to dzięki jego staraniom możemy dziś cieszyć się winami z wielkich połaci francuskiego Południa, Bordeaux, Doliny Rodanu, a nawet z Doliny Mozeli i Nadrenii, by wymienić tylko kilka regionów, w których cesarz wskrzesił podupadłe winogrodnictwo albo je zapoczątkował. Uciszywszy bowiem, przynajmniej na krótki czas, rewolucyjne nastroje wśród Gallów, Gaskończyków, Burgundów, Gotów i kilku innych zbuntowanych plemion, zaczął sadzić winnice literalnie wszędzie, sadzić, jak opętany. Bo warto wiedzieć, że oprócz zdobywania kolejnych terenów dla Cesarstwa oraz uspokajania zbuntowanych ludów, Probus pasjonował się ogrodnictwem i uprawą roli, zwłaszcza winogrodnictwem. Mówię Wam, wszyscy mięsożercy są w miarę w porządku, a w każdym razie uwierzcie – przynajmniej część z nich naprawdę się stara.

Zdrowie tego pana!

Wina z winnicy Clos Triguedina znajdziecie w sklepach M&P.

Saudade odłożona na potem ~ Kilka win z Wines of Portugal

Saudade – smutek, melancholia, tęsknota.

Tak z grubsza można przetłumaczyć to portugalskie słowo oznaczające głęboką, nieprzemijającą nostalgię. Z grubsza, bo Portugalczycy utrzymują, że saudade nie da się jeden do jednego przełożyć na inne języki. Co ciekawe, wpływ ich narodowego stanu ducha nie ogranicza się tylko do spraw miłosnych i egzystencjalnych, ale swoim zasięgiem ten termin obejmuje też historię narodu. To zadziwiające, że mieszkańcy tak słonecznego kraju podzielają tę specyficzną nostalgię z gromadą ludzi rzuconą na nasz nadwiślański padół łez i frustracji, obecnie wyjątkowo ponury. Istnieje jednak różnica między portugalskim homo trisits i Polakiem, a jest nią podejście do tej nostalgii. Portugalczycy bowiem nie tylko lubią swoją saudade – wynieśli ją na piedestał jako narodową cnotę i z lubością kontemplują je, kiedy tylko nadarza się ku temu dobra okazja. A Portugalczycy już umieją zadbać, aby takich chwil w ich życiu nigdy nie brakowało. Delektują się więc saudade jak kieliszkiem dobrego wina czy dźwiękami rzewnego fado, przy kieliszku dobrego wina i dźwiękach rzewnego fado, wczoraj tak jak dziś, i jutro pewnie znów. I rozmyślają o wszystkich dobrych rzeczach, których już nie ma, i o tych, które jeszcze nie nadeszły.

No to ja właśnie o przeszłości. W pewien całkiem jeszcze pogodny październikowy dzień organizacja Wines of Portugal utuliła mnie w tęsknocie za ciekawymi ludźmi i winami, które wniosą trochę słońca w coraz bardziej ponurą jesienną aurę. Rzadko spotykam portugalskie wina, które reprezentują coś więcej niż doskonale gastronomiczny charakter. Oczywiście chwała im, że świetnie sprawdzają się w restauracjach i w naszych kuchniach, ale ja tamtego dnia miałam nadzieję na jakieś odświeżające doświadczenie. No i proszę – udało się!

Trzy wina białe, dwa czerwone, jedno musujące. Oto biel numer jeden z winnicy Quinta do Pessegueiro działającej na północnym wschodzie Portugalii, w Górnym (Alto) Douro. Pessegueiro Aluzé White Douro DOP 2016 to kupaż lokalnych odmian rabigato, cercial i gouveio, rosnących na moich ulubionych łupkach i uprawianych w sposób organiczny. Opiekę nad procesem winifikacji sprawuje tu słynny João Nicolau de Almeida – bardzo zasłużony dla regionu enolog, w którego żyłach zamiast krwi już chyba od dawna musi płynąć mieszanka tutejszych win. A jaki jest ten blend? Świeżym aromatom owoców i kwiatów z południowoeuropejskich sadów towarzyszy intensywna mineralność i ledwie wspomnienie o dębinie (tylko 35% wina fermentowało w dużych dębowych beczkach, reszta trafiła do stalowych kadzi). Wino prosi się o owoce morza we wszelkiej postaci i nie jest dostępne w Polsce – mam nadzieję, że ta niezręczna sytuacja szybko się zmieni.

Z tego samego regionu przyjechało do nas wino ze stosunkowo młodej, organicznej winiarni Quinta das Marvalhas, należącej do rodzinnej winiarskiej kooperatywy Casa Agrícola Reboredo Madeira, działającej od połowy XVIII wieku. Vinha da Urze Reserva White 2015 to również kupaż lokalnych szczepów, tym razem są to: códega de Larinho, znów rabigato oraz viosinho. Połowa wina dojrzewała w stali, druga połowa – we francuskim dębie. W tamtejszym suchym klimacie, na ubogich (też łupkowych!) zboczach smaganych wiatrem oprócz winorośli da się wyhodować jedynie oliwki i migdały. Orzeźwiająca kwasowośc i wyraźny niuans morskiej bryzy budzą wspomnienia o skalistych wybrzeżach obmywanych nieokiełznanymi falami. Aromaty owoców spod znaku jabłek i moreli elegancko komponują z zupełnie nienachalnym, szlachetnym beczkowym podbiciem. Do tego wina warto zaserwować oprócz owoców morza również morską rybę. Producent szuka importera i oby rychło go znalazł!

z domieszką gliny, czyli na podłożu mającym potencjał dać strukturalne, pełne wina. To akurat powstało z pochodzącego z Francji, ale bardziej kojarzonego z Portugalią, szczepu alicante bouchet, i już pewnie dobrze znanego polskim winomanom. Ta potężna odmiana idealnie nadaje się do spędzenia jakiegoś czasu w dębie, zatem po fermentacji w stalowych kadziach wino trafiło na 9 miesięcy do amerykańskich i francuskich małych beczek. Efekt? Alkoholu jest tu sporo, bo aż 14,5%, ale jest on doskonale wtopiony i razem z taninami oraz gęstą,  nieco mroczną materią rozmaitych czarnych owoców mości się w ustach jak kot w  welurowym kocyku.  To wszystko zrównoważone doskonałą kwasowością. Ekstraktywne,ale bez przesady, taniczne, ale nie szorstkie. Wina od Casa Santos Lima są dostępne w 50 krajach na całym świecie. Polsko, nie bądź w tyle.

Druga czerwień, tym razem z rdzennie portugalskiej odmiany. O ile u poprzednika  na pierwszy plan wyrywał się mocny czarny owoc, to w Quinta da Gandara Reserva Touriga Nacional Dão DOC 2012 czereśniowo-jagodowa soczystość jest elegancko ujarzmiona przez przyjemne niuanse świeżo mielonej kawy i czekolady.  Wino także fermentowało w stali, a dojrzewało 10 miesięcy tylko we francuskich barriques. Czyli tyle, ile trzeba, aby dać wino o potężnych, ale już dojrzałych, wygładzonych taninach. Ten sam producent przywiózł też produkowane metodą szampańską musujące Caves da Montanha Baga Bairrada DO 2013, które urzekło mnie ciekawym owocem spod znaku niedojrzałych truskawek i białych malin z eleganckim mineralnym tłem. Polacy mogli spotkać się z prostszymi winami od Caves da Montanha chociażby w Biedronce, ale mam nadzieję, że dzięki któremuś z importerów będą mogli poznać poważniejsze wina z jego porfolio.

W poszukiwaniu win zrobionych z rzadkich, endemicznych odmian, trafiłam na unikat z apelacji położonej w regionie Lisboa. Szczęśliwie krzewów ramisco nie dotknęła plaga filoksery dzięki piaszczystym glebom, w których ta mszyca nie jest w stanie przetrwać. Arenae Ramisco Colares DOP 2008 to pełnokrwisty mocarz, w którym ziarniste taniny wiążą się w mocnym uścisku z nutami śródziemnomorskich ziół, żywicy oraz soku z wiśni i czereśni. Nie jest to © Wikipediajednak przeładowany materią kulturysta – wręcz przeciwnie. Jak w rzeźbie Milona z Krotonu nic tu nie odstaje, niczego nie jest za dużo, a jednoześnie winu nie brakuje autentyczności, dynamizmu  i indywidualnego charakteru. Pomimo dojrzewania w beczkach różnej proweniencji przez trzy lata, a potem jeszcze przez rok w barriques, wino nadal jest niesamowicie żwawe!

A na deser – wino amforowe z rodzaju pomarańczowych, oczywiście do szpiku kości wytrawne. Wiem, że amfory są już bardzo 2016 i teraz przez wszystkie przypadki odmieniane są pét-naty, ale pamiętajcie – nie ma świetlanej przyszłości, ani nawet teraźniejszość za bardzo nas nie interesuje. Najbardziej kręci nas nostalgiczne nurzanie się w przeszłości. No to proszę, oto Herdade do Rocim Amphora Branco Alentejo DOP 2015, kupaż jeszcze innych, ściśle lokalnych odmian: antão vaz, perrum, rabo de ovelha i manteúdo. Producent Fernando Pessoa z Herdade do Rocim czerpie z najlepszych tradycji tradycyjnego, ekologicznego winiarstwa. Kiedy moszcz trafi do glinianej amfory, po prostu zamyka ją, dając pole do popisu dzikim drożdżom. Po wygaśnięciu fermentacji trzyma wino na osadzie jeszcze przez 4-6 miesięcy, a potem dojrzewa je w butelce jeszcze przez kolejne dwa. Czujemy w tym winie wszystko, co lubimy w winach pomarańczowych: zadziorną grejpfrutową kwasowość,  przyprószone popiołem polne kwiaty, nuty dobrze przyprawionego wywaru warzywnego i apetyczne taniny. Niech ktoś je importuje!

Jakkolwiek saudade to odczucie nieusuwalne i kiedy raz cię dopadnie, zostaje już z tobą zawsze, tego dnia jednak udało się tę dojmującą melancholię nieco przesunąć na później. Ale cóz, degustacja minęła jak mgnienie oka, producenci i przedstawiciele winnic zwinęli swoje stoiska i wrócili nad Atlantyk. A ja znów zostałam sam na sam ze wspomnieniami i brunatnym listopadem…