Wino-wibracja ~ Partida Creus SM Sumoll 2014

Uwielbiam pochodzący z Katalonii sumoll za to ciągłe przekomarzanie się zadziorności ze specyficzną elegancją, jakie w sobie niesie. SM z organicznej katalońskiej winnicy Partida Creus jest w Polsce dostępne już od dłuższego czasu, jednak jak dotąd nie wpadło w moje ręce. W końcu szczęśliwie natknęłam się na butelkę w warszawskich Dyletantach. Nie tanią, ale na pewno wartą uwagi.

Fani porządnie wybarwionych win będą zawiedzeni – SM, jak to sumoll, jest jasnorubinowe, widać też już wyraźne ceglaste refleksy, ale kogo to obchodzi. Wino jest do picia, a nie do patrzenia. Prawie krystaliczna przejrzystość w przypadku większości win wskazywałaby na wadę, ale bez obaw – tu wszystko jest w porządku, po prostu SM nie było ani filtrowane, ani klarowane.

Wącham i dopiero zaczyna się jazda

Wino wydaje się jedną nogą, ubraną w koronkową pończochę i szpilkę Louboutin, stać na perskim dywanie podczas wyrafinowannego bankietu, a drugą – w znoszonym jeansie i trochę rozsznurowanym trampku,  potupującą w rytm muzyki Talking Heads na zatłoczonej i zadymionej domówce. Obydwie nogi zresztą mogą należeć do tej samej osoby, która wszędzie czuje się jak u siebie w domu, a dwa opisane wizerunki to zaledwie dwie emanacje jej przebogatej osobowości.

Koronkowa Kate, fot. Sonia Sieff / ELLE

Wącham więc i… wiśnie słodkie, wiśnie kwaśne zjedzone razem z pestką, jagody, mokra doniczka, kurz, tytoń, śliwki (zarówno węgierki, jak i te czerwone), czerwony grejpfrut, skórka pomarańczowa oraz skóra wyprawiona (choć nie wiem, z jakiego zwierza), ale też suszone róże i fiołki. Koniec kawalkady aromatów kończy tak charakterystyczny dla win śródziemnomorskich niuans rozmarynu i oregano. Jadę dalej, biorę łyka i znów wibracja, tym razem energicznego owocu spod znaku wiśni, grejpfruta i pomarańczy. Wszystko zakończone długim, bardzo długim tymiankowo-kwiatowym finiszem.

Kate rock’n’rollowa, fot. Sonia Sieff / ELLE

Alkoholu jest tu niewiele, bo tylko 11%, jednak wino w żadnym razie nie jest z tego powodu ani mdłe, ani ospałe, ani w jakikolwiek sposób klapnięte. Wręcz przeciwnie – jego lekkość czyni je idealną opcją na aktualną, iście subsaharyjską, aurę. Wszystko spina rewelacyjna kwasowość i niezbyt przytłaczające, welurowe taniny. Lekkie szczypanie mikrobąbelków, oznaka buzującego w butelce życia, pojawiło się dopiero drugiego dnia, a wiec albo uzbroicie się w cierpliwość i do nich dotrwacie, albo wychylicie całą butelkę za jednym zamachem. Jeżeli wybierzecie to pierwsze, wcale mnie to nie zdziwi. Aby radości było jeszcze więcej, dodam, że istnieją duże szanse, że wino sprawdzi się w połączeniu z bardzo wieloma różnymi daniami – od tradycyjnych hiszpańskich tapasów i prostych grillowanych mięs po bardziej złożone i odjechane kreacje kulinarne. Śmiało! W końcu mamy do czynienia z istotą, która czuje się dobrze w praktycznie każdym towarzystwie.

Kate (nie)opierzona, fot. Corinne Day

Parametry SM ma jak Bóg przykazał: ręcznie zbierane organiczne winogrona, fermentacja na spontanie i dzikich drożdżach, zero filtracji, klarowania i dodatkowych siarczynów czy jakiejkolwiek chemii. Dzięki temu zachowuje ono specyficzną energię właściwą winom, których producenci starają się wydobyć ze swoich produktów jak najwięcej autentyzmu i osobowości.

Rzucić wszystko i wyjechać do Katalonii

Słów kilka o właścicielach winnicy. Para piemonckich architektów, Massimo Marchiori i Antonella Gerona, to jedni z tych ludzi, którzy rzucili wszystko i wyjechali – w tym wypadku do katalońskiej miejscowości Bonastre w powiecie Baix Penedès. Zajęli się skupowaniem zaniedbanych winnic obsadzonych starymi krzewami ku niemałemu zdziwieniu lokalsów, którzy tylko pukali się w głowę, nie widząc w ich przedsięwzięciu większego sensu. Zwłaszcza, że stare krzewy dają małe zbiory, a taki na przykład sumoll jest za mało wybarwiony, aby dostać apelację, która, przynajmniej dla tych aspirujcych, jest jak +100k XP dla RPG-owca (nie pytaj). A to zresztą sam wierzchołek góry lodowej, jeżeli chodzi o problemy natury winiarsko-biurokratycznej. Mimo to, dwójka Włochów, zamiast expić, postanowiła robić wszystko po swojemu i cóż, chyba nieźle im idzie. Trzeba by spytać samych zainteresowanych, czy spełniły się ich marzenia o slow life, skoro biznes kwitnie, a wina same się nie wypromują. Choć… może już nie muszą?

Wino importuje Winoblisko, kupiłam je za 105 zł.

Reklamy

Nie CMS, lecz chęć szczera zrobi z ciebie sommeliera

CMS to potocznie używany skrót nazwy Court of Master Sommeliers, organizacji solidnie edukującej adeptów trudnej sztuki sommelierskiej na całym świecie. I oczywiście nadającej tytuł Master Sommeliera, który jest Świętym Graalem, Olimpem, Złotym Runem, Valhallą, słowem – wisienką na torcie w życiu każdego ambitnego sommeliera. W tym kontekście tytuł artykułu może być nieco kontrowersyjny. CMS to ciało stojące na bezdyskusyjnym poziomie, jednak jak fale o skalisty brzeg, tak każda uporządkowana winno-gastronomiczna wiedza z hukiem rozbije się o twardą restauracyjną rzeczywistość, jeżeli certyfikowany sommelier nie ogarnie.

Żeby nie doświadczyć gorzkiego zawodu z powodu nieumiejętności ogarniania, z okazji swoich urodzin wybrałam się z B. do warszawskich Kieliszków na Próżnej, gdzie czekała na mnie moja ulubiona załoga, a w każdym razie jej część. Nie było żadnego zdziwienia w tym, że załoga nie zawiodła mnie i tym razem. I to nie dlatego, że z grubsza mam zielone pojęcie o tym, na czym dobrze znają się chłopaki i dziewczyny z Kieliszków. Również nie dlatego, że po prostu lubię tę ekipę i czepiać się do detali nie miałam zamiaru, szczególnie przy własnych okrągłych urodzinach, coby wieczoru nie psuć ani sobie, ani B. Zresztą naprawdę nie było się do czego uczepić. Swoją drogą, polecam tamtejszego pstrąga, nad którym stuknęłyśmy się kieliszkami pełnego precyzji i głębi szampana Fleury Fleur de l’Europe Brut Nature. Połączenie tyleż banalne, co doskonałe w swojej oczywistości.

Chłodna i pracowita środa sterczała jak środkowy palec wystający z pięści tygodnia. Nic więc dziwnego, że ludzie, szukając choćby chwili ukojenia, masowo ściągali do stołecznych wine barów i restauracji, tworząc wesoły tłumek. A sommelierzy? Sommelierzy musieli się jakoś w tym wszystkim odnaleźć, a przy tym należycie obsłużyć każdy stolik. Można by rzec, dzień jak co dzień.

Pewien zaprzyjaźniony sommelier powiedział mi po Mistrzostwach, że ludzie z tak zwanej “branży” (winiarskiej – przyp. aut.) są klientelą najprostszą w obsłudze.

Taki właśnie “dzień jak co dzień” podczas jednej z konkurencji odtworzyli organizatorzy tegorocznych Mistrzostw Polski Sommelierów. I mam wrażenie, że w odróżnieniu od poprzednich edycji konkursu (byłam na dwóch), wymagania postawione finałowej trójce w zadaniu “serwisowym” pokryły się z autentyczną codziennością, na którą sommelierzy zawsze muszą być przygotowani. Oczywiście mogło być trudniej, bo “goście” naszych finalistów uwijających się na scenie przynajmniej nie marudzili, a tylko zadali jedno czy dwa bardzo konkretne pytania. Tymczasem ograniczony czas skutecznie utrudniał coś, co dla gości jest bardzo ważne, czyli nieco luźniejszą, uprzejmą rozmowę. Odsiew był bezlitosny.

Pewien zaprzyjaźniony sommelier powiedział mi po Mistrzostwach, że ludzie z tak zwanej “branży” (winiarskiej – przyp. aut.) są klientelą najprostszą w obsłudze. Z jednej strony to zaskakujące, bo to wesołe towarzystwo wiecznie nienapitych krytyków zawsze bacznie przygląda się jakości obsługi, za którą (zwykle) płaci. Z drugiej strony, stwierdzenie znajomego w ogóle mnie nie dziwi, bo przecież obydwie strony tej gastrobarykady zazwyczaj dobrze się znają, a nawet lubią. Wizyta przy kieliszku jest wtedy świetną okazją i do uprzejmej rozmowy, i do wymiany doświadczeń, wreszcie pretekstem do powrotu w dane miejsce.

Nie dziwi mnie też, kto zdobył najwyższe noty podczas wspomnianych Mistrzostw. Przypomnijmy: pierwsze i jak najbardziej zasłużone miejsce zajął Kamil Wojtasiak z warszawskiego Butchery&Wine, drugie – Maciej Sokołowski (o inicjałach, które, mam nadzieję, wróżą mu świetlaną przyszłość), trzecie natomiast – Łukasz Głowacki z poznańskiej Mugi. Na dalszych pozycjach często gęsto plasowali się członkowie ekipy Vini e Affini, a więc między innymi załoga Kieliszków.

Nie było niespodzianką również to, co liczyło się podczas Mistrzostw, czyli przede wszystkim dokładne wykonanie wszystkich zadań w określonym czasie. Udało się to tylko Wojtasiakowi. To właśnie zręczność i pamięć o tym, co jest do zrobienia są, poza fachową wiedzą, absolutnymi podstawami w zawodzie sommeliera. Ja na szczęście z zegarkiem w ręku nigdy nie siedzę, bo nie muszę. Poza tym zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo ogarniać w danym momencie musi mój sommelier. Szczególnie jeżeli tydzień pokazuje nam środkowy palec, tłumy korpoludków chcą odreagować, a sommelier staje się swoistym psychoterapeutą, którego wszyscy potrzebujemy. I którego sobie i Wam serdecznie życzę, przynajmniej od czasu do czasu.

Wino na majówkę ~ Celine & Laurent Tripoz Les Graves Mâcon-Serrières 2016

Jeżeli miałabym pić gamay, to właśnie takie.

Powoli i stopniowo przekonuję się do gamay. W sumie na palcach jednej ręki mogę policzyć etykiety, które sprawiają mi prawdziwą przyjemność. Jeżeli jednak komuś przyjdzie do głowy podjąć ryzyko i zaproponować mi jakieś beaujolais (które powstaje właśnie z tego szczepu), niech sięgnie po wina z takich apelacji, jak Fleurie, Moulin-à-Vent czy Morgon. Przekonałam się, że podczas degustacji w ciemno, niektóre z tamtejszych gamay można czasem pomylić nawet z przyzwoitymi burgundami. No i raczej nigdy nie miewam ochoty na beaujolais nouveau. No dobra, opuszczamy Beaujolais (ileż można), ale zostajemy przy gamay. A więc gdzie się kierujemy? Nieco na północ, czyli oczywiście do Burgundii!

Burgundy

O tu :)

A konkretnie na jej południowe rubieże, do wioski Loché, dosłownie kilka kilometrów od miejscowości Mâcon. Państwo Celine i Laurent Tripoz mają w tej okolicy jedenaście parcel, a Les Graves to jedna z nich – właśnie tutaj powstaje wino o tej samej nazwie, zrobione ze szczepu, który jest bohaterem dzisiejszej opowieści. Celine i Laurent uprawiają najwięcej chardonnay, które zresztą dominuje w całej burgundzkiej apelacji Mâconnais. Małżeństwo Tripoz tłoczy też wina z pinot noir, aligoté, a jedynie 5% produkcji stanowi gamay. Może tylko cieszyć fakt, że tamtejsi winiarze chętnie eksportują swoje gamay, które kompletnie wymyka się (chyba już trochę utartym) stereotypom na temat tego, jak smakuje gamay. A to smakuje odlotowo.

wino na majówkę

Wyobraźcie sobie aromat młodego, różowiutkiego rabarbaru (specjalnie dla Was dźwięk dojrzewającego rabarbaru -> TU) kiwający się obok krzaków czerwonej porzeczki, bukszpanu i dziko rosnących konwalii. I co jeszcze? I jeszcze bardzo ciekawa i bardzo przyjemna nutka świeżego kefiru. Świeżość, świeżość, świeżość, młodość i energia. W ustach Les Graves kłuje kwasowymi szpileczkami i – dla kontrastu – nie przytłacza taninami. Taniny lubię, ale dziś absolutnie za nimi nie tęsknię, jeżeli usta wypełnia mi mnóstwo świeżego owocu z lekkim liściastym niuansem. Wino jest proste, ale tak radosne, że aż prosi się o kolejnego łyka.

Celine & Laurent Tripoz Les Graves Mâcon-Serrières 2016

A po godzinie…

Acidity freaks nie przekonają się, co po godzinie, bo wciągną to wino błyskawicznie i ze smakiem. Ja (jako jeden z nich) uzbroiłam się jednak w ostatki cierpliwości, jakie mi zostały, i wino odsłoniło przed moim nosem więcej słodkich aromatów spod znaku wiśni, a także bardziej wyraźny kwiatowy niuans. Akurat Les Graves warto poświęcić dłuższą chwilę – okazuje się, że nawet taki szczep, jak gamay, może czasem dać tak zwane „wino dla cierpliwych”!

Co bym do niego zjadła? Koniecznie tłustą rybę. Kwasowość tego wina wejdzie w nią jak nóż w masło. A z czym je wypiłam? A z rarytasem warszawskim, i też było super :)

Wino kupicie u Philippe’a de Givenchy w Warszawie.

Dolina Rodanu na przykładach cz. II ~ 3 wina czerwone

W poprzednim odcinku opowiadałam Wam o dwóch winach białych i jednym różowym. Dziś wpływamy na bardziej znane rodańskie wody i dryfujemy na falach czerwonych. Ale czy rzeczywiście są one tak dobrze znane? Przekonajmy się!

Cairanne

cairanne domaine brussetRęka w górę, kto słyszał o tej apelacji. Leży na obszarze Rodanu Południowego, nieco powyżej miejscowości Orange. Dominują tam gliniasto-wapienne tarasy pokryte glebami aluwialnymi i wszędobylskimi otoczakami. Wina z apelacji Cairanne to prawdziwa gratka dla miłośników eleganckich i złożonych win – tam zgodnie z wymogami muszą zawierać minimum 50% grenache i 20% syrah. W winie Domaine Brusset Traverse Rouge 2014 tym dwóm odmianom towarzyszą w kupażu też mourvèdre i odrobina cinsault. Pachnie syropem malinowym i bzem z odrobiną ziół, z czasem pokazuje się nuta mokki i pieprz. W ustach wino jest niezbyt taniczne i niezbyt długie, ale za to smakowicie porzeczkowe, soczyste i przyjemnie pieprzne.

Z czym pić: cielęcina, jagnięcina, drób, dojrzałe sery

Cena: ok. 69 zł

Crozes-Hermitage

Północna część Doliny Rodanu jest regionem, w którym niepodzielnie rządzi syrah. Dobrym przykładem takiego jednoszczepowego wina jest Lavau Crozes-Hermitage 2015 złożony w stu procentach właśnie z syrah. Warto dodać, że to stosunkowo rzadka sytuacja, bo jesteśmy w miejscu, gdzie przeważnie produkuje się blendy, jednak w składzie których pierwszoplanową rolę gra syrah. Tu i ówdzie dominuje, gdzie indziej ustępuje innym komponentom mieszanek. W tym przypadku producent szczęśliwie zdecydował, że wino będzie składało się tylko z syrah. W nosie wyczujemy więc mnóstwo czarnego owocu leśnego – głównie czarna porzeczka, jagody i jeżyny z nutą rozmarynu. W ustach dominuje soczysta wiśnia i czerwona śliwka z subtelną nutą konfiturowa, której towarzyszy specyficzna słonawa ziemistość i nieco wysuszające jamę ustną taniny. Dajcie temu winu trochę czasu zarówno po otwarciu, jak i w piwnicy – czas z pewnością pracuje na jego korzyść.

Z czym pić: solidne pieczenie z warzywami korzeniowymi, zupa ogonowa

Cena: ok. 105 zł

Côte Rôtie

cote rotie lavauWracamy na północ i na koniec super apelacja, z której wina są drogie albo bardzo drogie, ale takie muszą być i koniec. Przemawia za tym przede wszystkim prestiż apelacji, stosunkowa rzadkość tych win i pewne trudności w uprawie winorośli – winnice znajdują się tu na dość stromych granitowych i łupkowych zboczach. Warto jednak przekonać się na własnym nosie i języku, że wina z Côte Rôtie są naprawdę świetne. Skoro więc mamy do czynienia z dobrym, bardzo dobrym albo wspaniałym winem, to musimy rzucić nieco więcej grosza. Jesteśmy na samiuteńkiej północy Doliny Rodanu, a więc sto procent syrah i w przypadku tej części Doliny Rodanu jest to dużo bardziej oczywiste rozwiązanie. Często syrah z Côte Rôtie towarzyszy nawet 20% białego viogniera, ale tym razem producent zrezygnował z tej domieszki. Wino jest taką emanacją syrah, którą poleciłabym każdemu, kto chciałby jego książkowej definicji. To wino wydaje mi się z jednej strony bardziej eleganckie, a z drugiej – bardziej treściwe i głębsze od poprzednika. Nieco więcej w nim czerwonego owocu spod znaku czarnej porzeczki. Ponadto da się w nim wyczuć nutę fiołka, czarnego pieprzu, czarnych oliwek, skóry i ziół, a wszystkiemu towarzyszy dobrze zaznaczona kwasowość i taniny, które pięknie wtopiły się w materię wina.

Z czym pić: stek w sosie pieprzowym, pieczona jagnięcina

Cena: ok. 105 zł

Było trochę klasycznie, trochę odkrywczo, a to przecież raptem trzy butelki, które jedynie nakreślają nam możliwości czerwonych win z Doliny Rodanu. Zdecydowanie polecam drążyć temat. Wszystkie opisane dziś wina kupicie w Winkolekcji.

Zdjęcia © Jan Krzyżanowski 2 Smaki.pl

Dolina Rodanu na przykładach cz. I ~ 2 wina białe i 1 różowe

Jeżeli myślicie o winach z Doliny Rodanu, Wasze myśli być może od razu kierują się ku winom czerwonym. Dziś popłyniemy Doliną Rodanu na falach białych i różowych!

Chateauneuf-du-Pape

Domaine de Nalys Eicelenci Chateauneuf-du-Pape BlancZaskoczeni? A jednak! W tej krainie czerwonej gliny i otoczaków, oprócz słynnych czerwonych, znajdzemy też pyszne białe wina produkowane z bardzo ciekawych odmian, takich jak bardziej znane grenache blanc i roussanne czy mniej znane picpoul, picardan i kilka innych. Za wysoką jakością często jednak idą dość niemałe ceny. Przykładem tego jest wyśmienite Domaine de Nalys Eicelenci Chateauneuf-du-Pape Blanc AOC 2015. Jest to mieszanka wspomnianych grenache blanc, roussanne, clairette i picardan. Pełna pikanterii, choć nieco rozleniwiona wonią egzotycznych owoców i białych polnych kwiatów. Oprócz słodkiego melona i ananasa znajdziemy tu też aromaty wosku pszczelego i ziół. Za jędrnym, krągłym i niemal tanicznym ciałkiem podąża mocny finisz spod znaku owoców i zielonego pieprzu. Coś dla tych winomanów, którzy lubią, kiedy wino prowadzi w tańcu!

Z czym pić: ryby w każdej postaci, owoce morza, pieczone białe mięsa, makarony w sosach śmietanowych, delikatne wędliny

Cena: ok. 190 zł

 

Condrieu

lavau condrieuTo mała apelacja, w której królują tylko i wyłącznie białe wina produkowane tylko i wyłącznie ze szczepu viognier. Krzewy rosną tu na górujących nad rzeką stromych tarasach, na granitowym podłożu przykrytym glebami gliniastymi i piaskowymi. Tutejsze wina są zazwyczaj pełne, złożone i… nie dla wszystkich. Viognier to mój bohater ostatnich miesięcy, bo każda kolejna butelka, jeżeli dać jej trochę oddechu po odkorkowaniu, otwiera przede mną zupełnie nowe doznania i skojarzenia. Lavau Condrieu AOC 2014  zdążyło już odpowiednio ułożyć się przez trzy lata z hakiem. Aromaty tego wina przywodzą na myśl kiszoną cytrynę i brzoskwinię, a niuans dobrze przyprószonego ziołami rosołu są skontrastowane z mocnym trawiastym niuansem. Aha, i jeszcze do tego talerz owoców tropikalnych. I jeszcze trochę tanin, a na finiszu miód. Naprawdę dzieje się!

Z czym pić: pieczone białe mięsa, wędliny

Cena: ok. 285 zł

 

Tavel

lavau-tavelRóżowe wina już może bardziej mogą kojarzyć się z Doliną Rodanu, bo w końcu powstają z czerwonych szczepów. I w wielu przypadkach naprawdę warto poszukać czegoś interesującego, jeżeli lubicie eleganckie i ani na jotę nie kojarzące się z dziewczyńskimi płynami o smaku landrynki czy różowej oranżady. Wartym spróbowania przykładem jest Lavau Tavel AOC 2016 z apelacji produkującej wyłącznie różowe wina – jedne z najlepszych na świecie i czasem nadające się do starzenia. Oprócz talentu winiarzy, wina swoją wysoką jakość zawdzięczają wapiennemu podłożu przysypanego piaskiem i otoczakami. Kupaż [odmiany] ma mnóstwo owocu spod znaku jeżyn, poziomek, czerwonych porzeczek, truskawek i malin, między którymi subtelnie prześlizguje się delikatny niuans kwiatu róży. Kwasowość jest wręcz grejpfrutowa, taniny subtelnie zaznaczają swoją obecność, a wszystkiemu wtóruje nieco zielony i pieprzny finisz. Dzieje się!

Z czym pić: makarony z sosem śmietanowym lub pomidorowym, grillowane mięso i warzywa, łosoś, bogatsze sałatki

Cena: ok. 65 zł

Wszystkie trzy wina są dostępne w Winkolekcji.

Magiczna granica ~ 5 butelek za więcej niż 100 złotych

Czy rzeczywiście kwota 100 złotych za wino jest psychologiczną granicą, którą boimy się przekroczyć? Za co ja płacę, jeżeli już zdecydowuję się na zakup? A Ty za co płacisz? A Państwo? I czy w ogóle warto?

To i parę innych pytań zadałam sobie ostatnio po degustacji w ciemno, którą w WINSKY zorganizował Michał „Wine Mike” Misior. Degustacje tego rodzaju czasem coś wyjaśniają, czasem wiele wyjaśniają, ale najczęściej rodzi się po nich jeszcze więcej pytań, niż przed wzięciem pierwszego łyka. Nie mówię, że to źle! Przynajmniej jest się nad czym zastanawiać, a nie że tak po prostu – kawa na ławę, wiadomo, co to za produkt, jaki jest i dla kogo. Żadnych kontrowersji, notki zrobione i wszyscy rozeszli się do domów. Na szczęście nie tym razem. Spróbowaliśmy dziewięć win od różnych importerów, z różnych krajów, o przeróżnej jakości i oto garść moich przemyśleń na temat pięciu z nich, bo uznałam, że właśnie te warte są uwagi. W kontekście ich ceny, ale przede wszystkim ze względu na jakość.

Czyli, jak możecie się domyślić, znakomita większośc zaprezentowanych przez Michała win zasługiwała na swoją cenę, choć trzeba przyznać, że jednak musimy dysponować tą stówką lub dwiema. Z hakiem. A kto będzie chciał wydać te pieniądze? Właśnie w tym sęk.

inama soave

1. Inama Vigneto du Lot Soave Classico 2015 (Krople Wina, 219 zł)

Za co zapłacę: Za obfite i jędrne ciało podbite solidną mineralnością oraz zniewalające aromaty dojrzałych jabłek i podsuszanych owoców (skojarzenie: wigilijny susz). Za słonawość, która tak doskonale dopełnia całości.

Kto nie zapłaci: Ten, kto szuka tarasowego soave. Zdecydowanie wymaga cierpliwości, uwagi i dłuższej refleksji, ale świadomy kupiec zapłaci i stówkę, i dwie. To wino jest przepyszne.

mitolo shiraz

2. Mitolo GAM Shiraz 2013 (Wine Avenue, 119 zł)

Za co zapłacę: Za charakterystyczny niuans eukaliptusa, który tak lubię. Za hedonistyczny smak czerwonych owoców wyjętych z gęstego likieru, nieźle ułożone taniny i zrównoważoną kwasowość. Ten shiraz z winnicy Mitolo jest poważniejszym „starszym bratem” Jestera, dostępnego również w Wine Avenue.

Kto nie zapłaci: Ten, kto nie wpadnie na to, że australijski shiraz australijskiemu shirazowi nierówny i czasem warto darować sobie te kilka latte na mieście, a zamiast tego dołożyć tak zaoszczędzoną mamonę do butelki wina, żeby poczuć różnicę.

inama carmenere

3. Inama Carmére Più 2014 (Krople Wina, 110 zł)

Za co zapłacę: Za najbardziej zadziorne carménère, jakie piłam. Porzeczka schrupana razem z liśćmi i jeszcze doprawiona czarnym pieprzem. Sporo tu zieloności i swoistej południowomorawskiej rustykalności. Stawiałam wpierw na jakąś frankovkę albo svatovavřinecké, a tu proszę. Carménère z Veneto. Più, czyli ‘więcej’. Że tak pojadę sloganem Januszów marketingu: więcej niż carmére, ale niech mi to będzie wybaczone, bo to wino daje naprawdę sporo radochy i wymyka się wszelkim stereotypom.

Kto nie zapłaci: Ten, dla którego wszystko wyżej wymienione jest nie do przełknięcia. To jest wino wyłącznie dla odkrywców albo tych, którzy doskonale wiedzą, co znajdzie się w ich kieliszku.

barbi brunello

fot. Andrzej Staniszewski

4. Fattoria dei Barbi Brunello di Montalcino 2012 (Lidl, 129 zl)

Za co zapłacę: Za elegancję, zachowawczą ekspresję świeżej wiśni i ziemisty niuans. Duże zaskoczenie!

Kto nie zapłaci: Klienci Lidla, którzy są przyzwyczajeni do dobrych winek za 23,99 zł. I tak jest progres, bo niegdyś wydanie dwóch dych było gestem wysoce burżuazyjnym. Wiem, bo obserwowałam, a nawet, tfu, uczestniczyłam. A jak będzie z tak piekielnie drogimi winami dostępnymi w Winnicy Lidla? Czas pokaże.

cuvelier los andes

5. Cuvelier Los Andes Colección Mendoza 2012 (Mielżyński, 127,50 zl)

Za co zapłacę: Za miły spacer po lesie z koszykiem pełnym owoców – oczywiście leśnych – zakończony posiedzeniem przy aromatycznej kawie. Świetnie ułożone, dokładne, zaprojektowane z matematyczną precyzją, do delektowania się podczas zimowych wieczorów, których jeszcze nam trochę zostało.

Kto nie zapłaci: Ten, komu wystarczy „Mendoza” na etykiecie, żeby podjąć wątpliwie słuszną decyzję wydania trzech dych na butelkę dżemowatego, pluszowego płynu.

 

Macie niedosyt? Brakuje Wam tych czterech butelek, które zdecydowałam się pominąć? Według mnie nie pozostawiły żadnych wątpliwości, nie stawiałam sobie po nich żadnych pytań oprócz jednego: dlaczego tak drogo? W moim przekonaniu nie są warte swoich ponadstuzłotowych cen, ale jeżeli zżera Was ciekawość i musicie dowiedzieć się, co to za wina i jak zostały ocenione przez moich towarzyszy, zajrzyjcie na:

Wine Trip Into Your Soul

Trzy Kolory Wina

Winiacz

Wino do koncertu ~ Nick Cave and The Bad Seeds na Torwarze + Mitolo Jester Cabernet Sauvignon 2012 z Wine Avenue

Przypomnijcie sobie Wasz koncert życia. Jakie wino najchętniej byście do niego wychylili?

Jednym moich z najważniejszych koncertów był występ Radiohead w poznańskiej Cytadeli w 2009 roku. Rany, za rok minie już dziesięć lat, a wciąż doskonale pamiętam ten żar, a potem kojący wieczorny chłodek, kiedy urzeczona oglądałam niesamowicie energetyczny audiowizualny spektakl, jaki zaserwował nam zespół, litując się jednocześnie nade mną i nie grając utworu Creep.

I jak dotąd to był mój koncert życia. Jednak sześć lat później, na Open’erze, Nick Cave & The Bad Seeds absolutnie zgnietli i zmietli poznańskie show panów z Abingdon. Od tamtej pory moją miłość do Nicka Cave’a i Warrena Ellisa trudno nazwać jakąś tam fanowską sympatią. Bezwzględnie wyznaję ich talent i charyzmę. Oby żyli wiecznie.

Drugi raz panowie pozamiatali zeszłej jesieni, we wściekle mroźny październikowy wieczór. Tym razem znaleźliśmy się w dużej, ale zamkniętej przestrzeni hali, na pewno dającej więcej, hm, intymności, niż teren lotniska. Szłam zdecydowanie z dużo większym ładunkiem emocjonalnym i może też z większą wyrozumiałością, że Nick będzie w gorszej kondycji ze względu na swoje traumatyczne doświadczenia. Zresztą po druzgocącej wiadomości o tragicznej śmierci jego syna byłam pewna, że to już koniec jego muzycznej kariery. Tymczasem Nick jak feniks odzyskał pełnię sił i przekuł je w tym większą ekspresję na scenie. I było wszystko. Największe hity z The Mercy Seat, Weeping Song czy Red Right Hand na czele. Stopniowe dawkowanie emocji z niemal noise’owymi punktami kulminacyjnymi. Refleksyjne interludia ze starymi i nowymi balladami. Chodzenie po ogarniętej ekstazą publiczności. A na koniec wisienka na torcie: obowiązkowy melanż z fanami na scenie przy dźwiękach m.in. Stagger Lee. Wszystkie te skrajne, ale jakże wspaniale skomponowane doznania otrzymałam jak na talerzu (a konkretnie – na Torwarze), zaledwie kilka przystanków od mojego domu.

Jeszcze w trakcie koncertu postanowiłam podjąć się karkołomnego zadania, jakim jest dopasowanie do tego fenomenalnego wieczoru jakiejś adekwatnej butelki. I cóż, nie było łatwo. Wszczęłam poszukiwania w mieście stołecznym (a wirtualnie w całym kraju) idealnego czerwonego wina z Australii, no bo z jakiego innego kraju mogłabym dobrać wino do tego występu, jak nie z kraju pochodzenia zespołu? Postawiłam na cabernet sauvignon, bo – myślę – shiraz będzie jednak zbyt miękki, zbyt przyjemny, za mało zadziorny, taka czarna pantera, ale jednak udomowiona, ze spiłowanymi pazurami. Potrzebowałam czegoś z polotem, ale i z odpowiednią dawką taniczno-kwasowej zadziory. Wszystkie te tropy skierowały mnie ku porządnemu australijskiemu cabernetowi.

Dodatkowym utrudnieniem było założenie, że wino miało nie kosztować więcej niż około 100 złotych. Po wielu dniach tęgiej rozkminy i tygodniach poszukiwań padło w końcu na kosztujące 79 zł Mitolo Jester Cabernet Sauvignon 2012. Wino pochodzi z winnicy Mitolo Wines z McLaren Vale – regionu w Australii Południowej znanego z potężnych, a jednocześnie eleganckich win. Jestera ma w swoim portfolio Wine Avenue.

I w zasadzie prawie się udało. Prawie, bo doprawdy nie wiem, w jakie zakątki Australii musiałabym się wybrać, żeby znaleźć cabernet sauvignon, które smakuje jak wokal Cave’a i skrzypce Ellisa. Albo ile pieniędzy wydać tu w Polsce, żeby wrażenia z degustacji przynajmniej w dziesiątej części odpowiadały temu, co działo się tego zimnego wieczora na Torwarze.

W pewnym sensie wino miało ułatwione zadanie, bo w tym jesiennym koncercie nastrojowości i refleksyjności było więcej niż drapieżnych i szaleńczych pasaży, których których jednak zespół nie żałował i które serwował dokładnie wtedy, kiedy było trzeba. Podobnie Jester – to raczej dominacja dojrzałej elegancji owocu (jagoda, jeżyna, czarna i czerwona porzeczka, śliwka węgierka, suszona żurawina) oraz dodających polotu niuansów eukaliptusa i suszonej mięty. Nie brak tu temperamentnych, ale drobnoziarnistych i ładnie wtopionych w materię tanin, alkohol tylko subtelnie daje o sobie znać. Do tego szlachetne aromaty świeżo zmielonej kawy, pieprzu, ziemi i przykurzonych suszonych kwiatów. Zupełnie jak widniejący na etykiecie sowizdrzał, Jester to doświadczony showman, który doskonale wie, jak porwać publikę. Mnóstwo w nim charyzmy i charakteru i choć ma już trochę lat, to dzięki jakiejś tajemniczej, niemal młodzieńczej energii, wino nie nudzi się aż do ostatniego kieliszka.

Ocena: 4/5

Do czego: szlachetne wędliny, dojrzałe twarde sery, pieczeń wołowa, jagnięca, dziczyzna

Wino na obiad, wino-obiad ~ Domaine Lattard Roussanne 2016 z La Cave de Philippe de Givenchy

Nie mogę przestać myśleć o jedzeniu. Być może dlatego, że w myśl zasady: „Nowy Rok – nowa ja”, narzuciłam sobie pewne kulinarne ograniczenia, których może będę się  trzymać przez jakiś czas. Jednak co do jednej rzeczy jestem w pełni przekonana – nie warto, a nawet nie można całkowicie rezygnować ze smakowitości, które przynoszą nam czystą radość.

W poprzednim odcinku pisałam o przepysznym szampanie. Raczej nie powinien być on substytutem pełnowartościowego śniadania, ale jego złożone aromaty i bogaty smak niejednemu może kojarzyć się z tym posiłkiem. Ale ani się obejrzeliśmy, a już obiad – podano do stołu!

A podano Roussanne z roku 2016 od Domaine Lattard – małej winniarni znajdującej się w niewielkiej miejscowości Autichamp około 80 kilometrów na południe od Lyonu. Jesteśmy więc na lewym brzegu północnej części Doliny Rodanu. Jak wiele win dostępnych w La Cave de Philippe de Givenchy, to wino nie figuruje jednak pod żadną apelacją, bo ani nie musi, ani nie chce. Jest to po prostu vin de France. I, jak wiele win z jaskini Philippe’a, również i to nie ma dodanych siarczynów… bo zdecydowanie nie chce i nie musi. Uprawy i winifikacja w Domaine Lattard są maksymalnie naturalne, co pozwoliło owocom roussanne w pełni dojść do głosu.

Szczep roussanne zwykle daje wina krągłe i jedwabiste o raczej niskiej kwasowości, co w wielu przypadkach skutkuje doznaniami jednowymiarowymi niczym poglądy Towarzystwa Płaskiej Ziemi. Jednak roussanne dobrze potraktowane przez winiarza jest naprawdę bogate i doskonale zrównoważone, czego przykładem jako żywo jest to wino. Nie było niefiltrowane, pozostało więc nieco mętne i ma piękny, niemal pomarańczowy kolor. Kiedy je spróbowałam, przypomniały mi się leniwe letnie popołudnia na wsi, kiedy upał zaczyna powoli stygnąć i dopiero wtedy zaczyna się odczuwać głód. Wtedy obiad pojawia się w samą porę. Na początku wyczułam wyraźny aromat bardzo porządnego rosołu z kury gotowanego z liściem laurowym i ziołami prowansalskimi. Po zupce następuje lekki deserek w postaci nieco przejrzałych pigw i jabłek pałaszowanych przed domem, wśród oszałamiających aromatów polnych kwiatów.

Byle do lata!

Od tego samego producenta Phillippe ma też wyśmienitego, bogatego  viogniera, który oprócz soczystości i naturalistycznej zadziory ma w sobie naprawdę dużo polotu, sporo charakterystycznych zielonych nut i mnóstwo owocu. Bon appétit!

Szampan na śniadanie, szampan-śniadanie ~ Champagne Vouette et Sorbée Fidèle Extra Brut

Każdy człowiek powinien mieć prawo do kieliszka szampana przynajmniej raz dziennie.

Na przykład na śniadanie. Choć, w myśl zasady, że szampan jest dobry na każdą okazję – nie warto się w tej kwestii ograniczać – zdecydowanie rekomenduję dawkowanie sobie różnych ekspresji tych win na różne okazje, o różnych porach dnia. Czego sobie i Państwu życzę.

Jeżeli interesuje Was terroir, w którym powstał ten szampan (a powinno), to jest obo bardzo istotne – począwszy od rodzaju gleb, poprzez biologiczny charakter upraw i skończywszy na winifikacji bez chemicznych dopalaczy. Efektem kombinacji wszystkich tych czynników jest charakter szampana Fidèle, który zaintryguje niejednego amatora bąbli. A więc co z tymi glebami? 5-hektarowe siedlisko Domaine de Vouette & Sorbée Bertranda Gautherota leży 60 kilometrów na północny wschód od Chablis i to właśnie do tej apelacji jest mu bliżej, niż do Doliny Marny. Na portlandzkich wapieniach leżą tu pełne prastarych skamielin gleby kimerydzkie, zupełnie jak w Chablis. Na tym jednak kończą się podobieństwa z tym regionem, słynącym z wytrawnych, wspaniale mineralnych chardonnay. Pomimo geograficznych podobieństw, inny jest szczep – mamy tu 100% pinot noir. No i jesteśmy jednak w Szampanii, a skoro Szampania, to mus, że musujące. Ale jakie!

Kolor Fidèle kojarzy się ze złoto-pomarańczowym blaskiem wschodzącego słońca w lecie, a żwawe bąbelki grzecznie ustawiają się w równe sznury, jak przedszkolaki na spacerze. I potem urocze śniadanie – dobrze wypieczona maślana bułeczka z konfiturą z mirabelki, obok talerz świeżych, dojrzałych moreli. Gdzieś tam w tle aromatów majaczy delikatna nutka oksydacji, zdradzająca naturalistyczne podejście do produkcji wina.

W ustach brniemy dalej w aromaty śniadania mistrzów, w skład którego wchodzą znów morele i mirabelki w towarzystwie brioszki. Za chwile jednak na stół (albo do łóżka) wjeżdża smażone jajko i aromatyczny ser na grzance. Drobniutkie bąbelki dają poczucie pełni w ustach i jednocześnie wzmagają apetyt na jeszcze. Bogactwo tej hedonistycznej uczty precyzyjnie spina wytrawność i rześkość odświeżająca jak poranne powietrze w górach oraz delikatnie aspirynowy finisz.

Mmmm… :)

Szampana importuje Winoblisko, a ja kupiłam je za ciężkie 240 zł w promocji w warszawskich Dyletantach. Zaręczam, że w odróżnieniu od wielu szampanów dostępnych na rynku, warto chociaż raz się nim podelektować, na przykład w noworoczny poranek :)

Wina na Święta i po Świętach ~ Przegląd win Michele Biancardi

Jest duża szansa, że niektóre z win Michele Biancardi być może akurat podeszłyby pod śledzika, karpika, pierożki czy bożonarodzeniową pieczeń. Sprawdźcie, jeżeli zostało jeszcze Wam coś ze świątecznego stołu. Ale puśćcie sobie do któregoś z tych win chorały gregoriańskie – być może dopiero wtedy stanie się cud.

Skąd pomysł na chorały gregoriańskie? Zupełnie nie chodzi mi o to, że struktura i finezja win Biancardi przypominają tkane subtelną nicią średniowieczne śpiewy, choć może to jest dobry trop. Nawet pomysł z wpleceniem chorałów do tej notki nie wyszedł z mojej głowy. To twórca tych apulijskich win pomyślał, że połączy jedno z drugim na etapie ich dojrzewania. W myśl teorii, że różne gatunki muzyki wpływają w określony sposób na strukturę, a więc i jakość wody, Michele postanowił puszczać swoim zamkniętym w beczkach i amforach winom w piwnicy właśnie chorały gregoriańskie. Nie upieram się w kwestii prawdziwości tej hydrozofii, nie to jest tu najważniejsze. Natomiast faktem jest, że warto pochylić się nad wszystkimi dostępnymi w Polsce winami Biancardi, z których jak dotąd poznałam pyszne Insolito z bardzo ciekawego lokalnego szczepu minutolo oraz kupaż primitivo i nero di Troia, Uno Più Uno.

 

 

 

Oprócz bieżących roczników wspomnianych dwóch, zdecydowanie warte uwagi są mineralne i cieliste Solo Fiano, złożone i pełne polotu Anima di Nero 2014 i Ponte Viro 2015, jedno z najlepiej zrobionych primitivo dostępnych w Polsce. Michele wraz z Piotrkiem Chełchowskim z Kropli Wina (importerem tych win), zaprezentował nam też zrobione z nero di Troia Milleceppi 2014 i to właśnie jemu chcę poświęcić więcej miejsca.

Przychodzi mi do głowy być może trochę karkołomna kombinacja metafor. To wino z jednej strony jest poukładane i harmonijne jak wspomniane chorały gregoriańskie, a z drugiej – do pewnego stopnia oddaje klimat chaotycznych i dzikich czasów, w których powstała ta pełna finezji i mistyki muzyka. Jakby odśpiewano Gargantuę i Pantagruela właśnie na modłę gregoriańską. Sacrum i profanum idą ręka w rękę i doskonale czują się we własnym towarzystwie. A więc forma jak najbardziej harmonijna – a treść?

Przypomina barda przechadzającego się ciasnymi uliczkami miasta i dzierżącego gliniany bukłak z resztkami nalewki czereśniowej, który jeszcze przed chwilą był w ramionach pachnącej kwiatami młodej dziewki. Przejęty głodem po intensywnej nocy wstępuje do pełnego aromatów ziół wyszynku, aby nabrać sił przed kolejną przygodą. Kojarzycie może Jaskra?

Ale uwierzcie mi, w tym winie nie ma żadnych dysonansów. Powstało z owoców nero di Troia podsuszanych na krzewach przez 2-4 tygodnie, które następnie trafiły nie od razu do amfory, ale do stalowych kadzi, gdzie spontanicznie zafermentowały na dzikich drożdżach. Dopiero potem przyszedł czas na błogie 8 miesięcy dojrzewania w glinianych zbiornikach z chorałami gregoriańskimi w tle. Potem jeszcze 3 miesiące aklimatyzacji w butelce i wreszcie wino trafia do sprzedaży. Jak widać, na żadnym etapie produkcji Milleceppi (jak wszystkich win Michele) nie było przypadku, a efekt jest taki, że można z nim spędzić dłuższą chwilę, wczuwając się w jego opowieść i pogryzając świąteczne, poświąteczne i te zupełnie codzienne smakowitości.

Wina Michele Biancardi pochodzą z krzewów rosnących na wapiennych glebach, pełnych leżących tam od milionów lat skamieniałych muszli i wygładzonych przez pradawne wody otoczaków. Michele z jednego krzewu uzyskuje 1-2 butelki, a więc win nie powstaje zbyt wiele. Mamy szczęście, że przynajmniej część z nich trafiła do Polski.